o powrotach po powrocie


Jest drugi lipca, pada letni deszcz i wracam na swoje miejsce. Panuje pogoda na Coldplaya, chwilowo mam wakacje i jest najmilej na świecie.

Powodów, które odciągają od tworzenia może być mnóstwo (wyliczanie ich idzie mi dobrze zwłaszcza w ostatnim czasie - i to razy dwa). Jak jest wyjątkowo dobrze - nie piszę, bo wychodzi tylko słodkie szczebiotanie. Jak jest wyjątkowo źle - bo jest kryzys i nie ma siły. Jak nie ma czasu i nie ma się chęci, jak się robi coś innego, jak coś wysysa z człowieka całą radość egzystencji, jak człowiek wpadnie w zbyt wiele obowiązków i jak człowiek za bardzo jest człowiekiem, tj. każdego dnia idzie w inne miejsce na inną kawę z inną osobą. Podsumowując - pisanie nie idzie ani jak jest dobrze, ani jak jest źle. Ale kiedy pisanie stanie się częścią życia, w podświadomości słowa składają się w zdania i historie, które pewnego dnia po prostu wylewa się na papier. I nawet, jak człowieka zaskoczą te wszystkie przeciwności losu i pisać absolutnie nie może, równie duży problem ma z odpuszczeniem sobie. Bo wiem, że jakbym w tym cięższym momencie odpuściła pisanie, zamiast spokoju ducha dołożyłabym sobie kolejną cegłę do muru. Muru, przez który właśnie przedarłam się na szczupaka i czuję się z tym świetnie.

W międzyczasie, od jednego tekstu do drugiego, w czasie ich tworzenia i w zasadzie w każdej innej chwili bardzo dużo się działo. Nie jest to jeszcze czas na chwalenie się i zdradzanie ze zmianami, których za zmiany nie uznam, póki nie dopnę im ostatnich guziczków. Jest to natomiast moment, żeby spróbować wrócić w rytm pisania. Już tylko w mijającym tygodniu było mnóstwo sympatycznych dni: i tych ważnych dla ludzkości - takich jak dwudziestka Harry'ego Pottera (będzie tekst!) czy Dzień Psa, i tych ważnych dla mnie i mojego otoczenia. No i oczywiście nie wolno zapominać o tym, że chwilowo i dla mnie panują wakacje i czuję się jak za starych czasów.

Zadowoliłabym się i tymi prozaicznymi rzeczami: większą ilością czasu dla B., świeżym arbuzem, spacerami z kumpelą, pójściem do biblioteki, piękną pogodą - a nawet dzisiejszą drastyczną zmianą na pogodę na Coldplaya. Ale zupełnym przypadkiem udało się podnieść stawkę i niespodziewanie zobaczyć rzadko widywanych przyjaciół z dzieciństwa i nazbierać ze dwa worki pozytywnych myśli. A to dopiero trzeci dzień zmian.

Wracanie w dobrze znane i miłe otoczenie zawsze jest fascynujące - zupełnie tak, jak odkrywanie nowego. Tak, jak na wczasach lubię pierwszy dzień w nowym miejscu, tak też lubię po dwóch tygodniach wrócić w stare kąty. Lubię odczuwać znajome i dobre emocje, które towarzyszą każdemu okresowi roku: nadchodzącej wiośnie, deszczowym letnim dniom, wakacjom w pełni, kapryśnej jesieni i czasie przed Bożym Narodzeniem. Lubię, jak wszystko wydaje się mieć sens i jak jest tak lekko i miło, jak teraz. W zasadzie to teraz lubię wszystko.

Jeśli zapytałabyś mnie, po co o tym wszystkim piszę, powiedziałabym, że chcę się podzielić szczęściem i tym, że nauczyłam się je cenić. I żeby powiedzieć Wam wszystkim po raz kolejny dzień dobry i znów robić to, co lubię. 

No i żeby był pretekst, żeby posłuchać Coldplaya. 

Fajnie być z powrotem w lepszej wersji swojej rzeczywistości. Bardzo fajnie.


przeczytaj także

0 komentarze