kiedy nie ma weny, są lukrowane pierniczki


To jest tekst okolicznościowy, a okoliczność jest taka, że w kwietniu opublikowałam rekordową ilość tekstów. I cokolwiek będę Wam próbowała za chwilę wmówić, wiedzcie, że tak naprawdę piszę dziś tylko po to, żeby odwrócić uwagę świata od tej kłującej w oczy cyfry "1" w archiwum. Tylko po to.

Marzec i kwiecień to były miesiące zaskoczeń, a naczelnym zaskoczeniem było ujrzenie w kalendarzu, że to już koniec miesiąca. Przycisk "nowy post" przykurzył się konkretnie (ale serbskiej Wielkanocy nie mogłam nie opisać!), a w tym zakątku głowy, który odpowiada za pisanie, zaczęły się walać kurzowe chomiki. Na szczęście, paradoksalnie, dało mi to kopa i pretekst do poopowiadania o tym, jak produkują się takie przestoje, jak odkurzyć potrzebę pisania i czy w ogóle warto to robić.

W zasadzie to mogłabym się jakoś usprawiedliwić. Powiedzieć, że marzec i kwiecień były bardzo deszczowe intensywne, zmienne, wymagające poświęcenia mnóstwa czasu i nerwów. I to wszystko byłaby prawda. Tylko że przecież nie nocuję ani na wydziale, ani w pracy, a nawet sterty papierów do wypełnienia da się rozgrzebać i wystawić głowę. Przecież nawet w tym szaleństwie istnieją przerwy, okienka, nie wspominając już nawet o tych unikatowych chwilach brnięcia w karocy komunikacji miejskiej przez korki liczone w hektarach. I nawet nie do końca jest ważny argument, że wolne chwile wykorzystuję na spanie, jedzenie i miniaturowe życie towarzyskie. No i na picie piwa. Argumentem będzie zupełnie coś innego.

Nie próbuję powiedzieć, że obowiązki, problemy i zmęczenie to nie wystarczające przeszkody w pisaniu. To wystarczająco dużo, żeby odpuścić sobie regularne tworzenie na dobre. Niemniej jednak brak czasu i zniechęcenie prędzej czy później obracają się na naszą korzyść - a mały, rozkosmany potworzak niszczący w naszych głowach wszystkie idee to już przeciwnik poważniejszy.

Kreatywność, wbrew pozorom, to nie tylko nieoceniona pomoc i błogosławieństwo. Kreatywność to też wędrowiec, który czasem zbłądzi zwabiony do piernikowej chatki rozkosmanego potworzaka. Wiedziony wspaniałymi inspiracjami, idzie krok za krokiem, żeby przyjrzeć się im z bliska, żeby stworzyć coś równie dobrego, aż wreszcie - lepszego. Wtedy drzwi z hukiem się zamykają i z kąta wyskakuje Baba Jaga (aka potworzak) - a reszta historii jest powszechnie znana. Jak rozpoznać intruza i się przed nim chronić?

Poza tym, że jest rozkosmany, posługuje się boleśnie dobrą retoryką: ty też tak potrafisz, możesz nawet więcej, tylko się postaraj, tylko włóż w to więcej energii. Jest to retoryka dobra, bo jest prawdziwa, ty naprawdę potrafisz. A czemu bolesna? Bo najpierw cię nią nakarmi, a jak wyczuje gorszy czas, wypieprzy ci na głowę worek, w którym gromadził wszystkie twoje wątpliwości i zawahania. Jeżeli miewasz momenty, że każde napisane słowo wywołuje w tobie bezsilność i złość, że wszystko jest tak okropnie bez polotu, a ty to NAWET PISAĆ NIE UMIESZ, właśnie wszedłeś do piernikowej chatki. Co gorsza, trafiłeś tam ze mną. Ale spokojnie, są też dobre wieści: w lesie czai się Małgosia, która przecież koniec końców Jasia uratowała.

W moim przypadku wszystkie próby wyrywania się potworzakowi są jak zmagania Rona z diabelskimi sidłami - czym bardziej się miotam, tym ciaśniej mnie oplatają. Każda próba pisania czy choćby czytania gotowych tekstów (mój "czyściec" tekstów jest dość obszerny, może kiedyś go w końcu opublikuję...) kończy się zdołowaniem, przekleństwem albo zamknięciem tego, co od dawna powinno być tekstem i pójściem spać; natomiast każda kolejna próba przeczytania tekstów innych osób to rosnący dla nich podziw i coraz większa przepaść między nami. Co można w tej sytuacji zrobić pozytywnego?

Najpewniejsze - i najskuteczniejsze - jest czekanie. Ale nie czekanie bierne, na fazie "no to pozamiatane". To jest czekanie wyczulone na lepsze momenty. Czasami warto rzeczywiście zmusić się do pisania - ale zmusić, kiedy czuję, że jestem w stanie coś napisać; zmuszona do podjęcia próby, często zaczynam płynąć i "wypluwam" cały tekst. Kiedy zmuszamy się wbrew sobie, czując wyraźnie, że na nic nie ma szans, to jakbyśmy chwytali jabłko w zęby i dobrowolnie wskakiwali na ruszt. Warto też sobie na chwilę odpuścić - wyrzucić z głowy wszystkie "powinnam", "muszę", "jestem taka beznadziejna" i zapomnieć o problemie. Pójść na spacer, poczytać książkę, robić cokolwiek, co się lubi, i na co ma się ochotę. Nie będę oszukiwać, czasami to trwa dłuuugo - ale zawsze przychodzi moment, kiedy słowa tekstu same układają się w głowie jak puzzle. Przychodzi dzień, kiedy siadasz do pisania z podświadomie przygotowanym planem działania. Ja ten dzień obchodzę dzisiaj.

Nie wiem, czy ten tekst cokolwiek wyjaśnia albo komukolwiek pomoże, ale na pewno przyda mi się jako motywator. Wracam już niebawem (mam nadzieję!), a wam życzę, żeby rozkosmane potworzaki nigdy nie wabiły was do piernikowej chatki. Nawet takiej z pierniczków w lukrowej polewie.

przeczytaj także

0 komentarze