zaadoptuj psa!


Psa chciałam mieć od dziecka. Na swoim postawiłam dopiero w klasie maturalnej - i całe szczęście, bo w dzieciństwie chciałam rasowego czworonoga, a w liceum wpadłam na dużo lepszy pomysł. Adopcja.

Jako dziecko uwielbiałam zwierzęta. No, może na początku na odległość, ale kiedy w podstawówce zaprzyjaźniłam się z Anią, zaczęłam razem z nią wariować na punkcie psów. Rodzice nawet kupili mi leksykon ras, w którym wypatrzyłam tego jedynego: beagla. I nagle beagle były wszędzie: na ulicy, w gazetach, na pocztówkach. Nawet u koleżanki z bloku naprzeciwko. Chcę takiego, będę oszczędzać, uczyć się pilnie i w ogóle będę dzieckiem do rany przyłóż. Moje obietnice być może zmiękczyły serca rodziców, natomiast z całą pewnością nie zmiękczyły ich zdrowego rozsądku. Z perspektywy czasu okazuje się, że postąpili słusznie.

Oczywiście pies to pies, rasowe, hodowlane czworonogi też potrzebują domu. Tylko, że większość hodowli stwarza sobie odpowiednie warunki do hodowania, a i na zakup pięknego, wymuskanego szczeniaka zawsze znajdzie się chętny. Nawet za dwa tysiące złotych, o to jestem dziwnie spokojna. Natomiast po czworonoga ze schroniska kolejka ustawiać się nie chce. Dlaczego?

Myślę, że w grę przede wszystkim wchodzą obawy. Piętrzące się pytania o przeszłość zwierzaka, złe nawyki, niczym nieuzasadnioną agresję. O kondycję fizyczną i psychiczną, konieczność zwiększonej troski i wątpliwości, czy pies mnie polubi. I chociaż nie mogę Ci obiecać, że to będzie bezproblemowe zwierzę, zapewniam Cię, że o ostatni punkt nie musisz się martwić. Pies zawsze rozpozna dobrego człowieka.

Choć może Twoje obawy są po części słuszne, bezpańskie psy, zanim zostaną przeznaczone do adopcji, przechodzą w schroniskach okres izolacji. Wtedy są obserwowane pod kątem zachowań, odrobaczane, szczepione i animowane przez wolontariuszy. Oczywiście, że nie wszystko da się wychwycić od razu, ale nigdy nie zostaniemy sami z problemem - są na świecie weterynarze i behawioryści. A i rasowe psy miewają errory.

Jak było ze Snoopim? Snoopy od razu wpadł mi w oko, kiedy przeglądałam stronę internetową katowickiego schroniska. Wolontariuszka pisała, że lubi piłeczki i parówki. Również ona nazywała go Snoopim - dla kobiet w administracji był po prostu kolejnym smętnym numerem. Oczywiście w schronisku psów było mnóstwo, wszystkie równie słodkie, potrzebujące i patrzące przejmująco smutnymi oczami. Ale on mimo wszystko znalazł się tam w odpowiednim miejscu i czasie.

Kiedy Snoopy trafił do schroniska, miał może trzy miesiące. Szczęśliwie już po dwóch tygodniach pobytu trafił do nas, a i tak zdążył swoje przeżyć - nieznana przeszłość, ciasna klatka w schronisku, zapach psich siuśków na sierści. Kupiliśmy wyprawkę, podpisaliśmy umowę i pies już siedział na moich rękach, niecierpliwie wyrywając się ku nieznanemu.

Wydawać by się mogło, że szczeniak, jako młodziutkie zwierzę, powinien mieć dużo siły. Ale szczeniak, podobnie jak małe dziecko, podatny jest na wiele czynników. Stres i obniżona odporność zrobiły swoje. Kiedy wolontariuszka powiedziała Tacie, żebyśmy zabrali pieska do weterynarza, bo w schronisku panuje katar, poszliśmy bez zastanowienia. Całe szczęście, bo jak się okazało, z kataru wywiązała się infekcja, było nawet podejrzenie kaszlu kennelowego. Ale po kwartale wizyt u lekarza, wciskaniu tabletek do mięsa i stresujących oględzinach, mogliśmy się zaszczepić i zacząć na dobre psie życie.


Od tego czasu wszystko dobrze się układa. Chociaż Snoopy nadal reaguje niewytłumaczalnie na pewne sytuacje, w gruncie rzeczy jest świetnym zwierzakiem. Być może trochę rozpuszczonym, ale pojętnym i po prostu sympatycznym. Byliśmy przy nim, kiedy biegał z obdartym od kataru noskiem, kiedy wypadały mu mleczaki i kiedy z dezorientacją w oczach przeżywał swoje pierwsze psie EKG. I będziemy zawsze. On też będzie zawsze, tak jak teraz, kładł się nam w nogach w długie jesienne wieczory, oglądał ze mną serial i zawsze o tej samej porze czekał w gotowości pod drzwiami, aż pan wróci z pracy. Psia wdzięczność i psie oddanie są niewiarygodne.

przeczytaj także

0 komentarze