krótkie postoje na ekspresówce, czyli list do galopującego roku 2018


Tradycyjnie już w wigilię Nowego Roku na chwilę wyłączam się z teraźniejszości i robię 365 kroków wstecz, żeby (w miarę) na chłodno przyjrzeć się swoim poczynaniom, które powoli pakują się w drogę ku przeszłości. I chociaż w minionych miesiącach nie popisałam się twórczą nadpobudliwością, czas zacząć to zmieniać. No, w zasadzie to czas na wiele zmian. Ale póki co, oddajmy scenę Dwa Tysiące Osiemnastemu.

Drogi Dwa Tysiące Osiemnasty,

Przede wszystkim dzięki za naszą znajomość. Może i nie była ona zbyt zażyła - w końcu i Ty pędziłeś przed siebie, i ja nie byłam zbyt zaangażowanym w poznawanie się towarzystwem - ale jest faktem, po którym zostanie mi kilka ważnych wspomnień. Pamiętam moment, w którym się poznaliśmy - ledwie umilkło odliczanie dobiegające z laptopa, które ustąpiło miejsca wystrzałom za oknem, a Ty wkradłeś się do nas na lampkę wina. Bo tak właśnie Cię witaliśmy: na spokojnie, w domowym zaciszu, ciesząc się tylko swoim towarzystwem. I to było naprawdę okej, podobnie jak dokonanie niemożliwego - wstanie 1 stycznia skoro świt, i to ze świeżo odnowionym zapałem do pisania i działania. Może nie był to całkowicie trwały impuls, ale się pojawił i już to było ważne.


Jednak poza tym niewiele się zmieniło: B. pracował, ja pracy dopiero szukałam, jednocześnie ogarniając nam życie. I byłby to zupełnie miły układ, gdyby nie to, że przydarzył się mi w Lublinie, który wtedy wciąż był mi obcy. Czas upływał mi szybko, z dnia na dzień, od jednego wyjazdu do Katowic do następnego - i być może właśnie dlatego mam wrażenie, jakby przeciekał mi przez palce. Zanim zdążyłam się zorientować, już obchodziłam swoje 25 urodziny. Zaledwie chwilę później przyszła Wielkanoc, potem majówka (10 dni na Śląsku!), a potem, no cóż, już był koniec czerwca i początek szkolnych wakacji. I to był dzień, który dobrze zapamiętałam, bo postanowiłam się pod te wakacje podczepić z dwóch powodów: przede wszystkim chciałam poświęcić trochę czasu tylko sobie, nie na pół gwizdka jak dotychczas, ale na pełen etat nacieszyć się wolnym, zanim przyjdą obowiązki. A że plany na wakacje były już zrobione, a żadna praca dalej nie widniała na horyzoncie, postanowiłam, że czas wakacji będzie przysługiwał też mi - a po powrocie ruszę na wybredny rynek pracy z nowymi siłami.



Nie wiem, ile w tym przypadku, a ile cudotwórczej siły zmotywowania się do czegokolwiek, ale ten dzień postawił grubą kreskę za pierwszą połową roku: zaczęłam świadomiej wykorzystywać czas, a obowiązki same o sobie przypomniały. Wierzcie albo nie, ale jeszcze tego samego dnia zapukał do naszych drzwi wolontariusz, który podczas rozmowy zaproponował, że zostawi mój numer w dziale kadr w zatrudniającej go firmie - która potem faktycznie się odezwała i zaproponowała mi pracę. I byłby to cudowny finał, gdyby dosłownie chwilę później nie pokazał się jeszcze cudowniejszy: etat z serbskim, i to od września, tuż po moich spektakularnych wakacjach. To chyba był jeden z tych punktów zwrotnych, podczas których w życiach bohaterów literackich i filmowych wszystko zaczyna do siebie pasować jak puzzle z jednego kompletu. I tak oto pojechałam na wakacje do Katowic, później do Serbii, a tuż po tym zaczęłam pracę (poniekąd) związaną z moim wykształceniem. I tak minął czas aż do dziś.


Jednak, drogi Roku, nie mówię Ci o tym, żeby zanudzić Ciebie czy Czytelników - bo tego, że nie jest to zapierająca dech w piersiach historia, chyba wszyscy jesteśmy świadomi. Jest jednak jeszcze coś: jeden paradoks, który nie pasuje do kompozycji, i który nie daje mi spokoju. Przyniosłeś mi hojne prezenty: dobrą pracę, ustabilizowanie wielu kwestii, podstawy do twierdzenia, że żyję normalnym, fajnym życiem. Tylko że, Roku, zmuszona jestem prosić Cię o wybaczenie, że nie potrafię się tym cieszyć; że istnieje coś, co blokuje mi możliwość bycia częścią tego życia, co uniemożliwia poczucie się dobrze w skórze, którą przybrałam tu, w Lublinie. I choć powtarzam to uparcie od pięciu (!) kwartałów, będę w to brnąć i powiem ponownie: bardzo trudno żyje się gdzieś, gdzie nie ma się korzeni. Być może (może, choć wcale nie na pewno) jakieś inne miasto omamiłoby mnie swoim urokiem i bez reszty wciągnęło w to nowe życie - jednak Lublinowi się to nie udało. I z tego miejsca przepraszam Ciebie i nadchodzący 2019, że to się nie udaje. Przepraszam siebie, przepraszam B. i wszystkich, którzy na tym cierpią, ale inaczej po prostu nie mogłam. Nie mogę. Nie wiem, czy kiedyś będę mogła.


Być może dlatego w tym roku trochę inaczej postanowiłam spojrzeć na postanowienia noworoczne. Chociaż dalej uważam, że idea postanawiania czegokolwiek jest zbyt wzniosła, żeby być prawdziwa, coraz mocniej pociąga mnie iluzja czystej kartki, jaką niesie ze sobą noworoczny start. Kusi mnie, żeby ze wszystkich sił spróbować zastąpić niechciane odczucia czymś dobrym: nowymi tradycjami, fajnymi rzeczami, choćby tymi drobnymi, dziejącymi się sporadycznie, żeby móc bardziej skupić się na tym, co przyniesie nowy rok, a mniej na tym, co negatywnego dzieje się we mnie. Choć 2018 był pełen i dobrych, i złych wieści, i tak uważam, że minął zbyt pobieżnie, niepostrzeżenie... zbyt szybko. Nie podoba mi się, że zamiast pisać o tym, jak odkrywaliśmy Warszawę, nowych znajomościach, pracy, która idzie całkiem nieźle czy o inspirujących rzeczach, których nie brakowało, piszę o przeciekającym przez palce czasie, który nie potrafi nic zmienić w moim życiu.

Dlatego z tego miejsca chcę Cię przeprosić, drogi Dwa Tysiące Osiemnasty, że poświęciłam Ci tak mało uwagi. Chcę Ci też podziękować za te dobre chwile, które mimo wszystko nauczyłam się dużo lepiej przeżywać i dużo bardziej doceniać. No i wreszcie chcę Cię poprosić, żeby to, co było złe, zatrzymało się gdzieś tu, przed kolejną grubą linią, którą zamierzam postawić. I chociaż nie wszystkie rzeczy da się naprawić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, proszę, po prostu bądź łaskawy - Ty przez najbliższe paręnaście godzin i Twój Następca przez najbliższe paręnaście miesięcy. 


Mam szczerą ochotę chwycić byka za rogi i myślę, że nowy rok to doskonały moment; wbrew wszystkim bzdurom o nowej mnie na nowy rok, symbolika potrafi zmotywować. Korzystając z okazji - teraz tak rzadkich - bycia tu i faktu, że mam coś, cokolwiek!, do powiedzenia, chciałam podziękować też Wam, Czytelnikom. Za obecność i poświęcenie kilku minut na lekturę, za każde miłe słowo i za to, że jesteście. Chciałabym móc Wam naobiecywać złote góry i cokolwiek ciekawego z mojej strony, ale nie będzie to uczciwe. Za to najszczerzej na świecie Wam powiem, że wciąż chcę pisać i wciąż szukam pomysłu na siebie, który sprawdziłby się też w Waszym odczuciu. Tymczasem jednak zostawiam Was z życzeniami wszystkiego najwspanialszego na nadchodzący rok: żeby służyło Was zdrowie i nie brakowało szczęścia, żeby zawsze otaczała Was przyjaźń, miłość i zrozumienie ważnych dla Was osób. Żeby marzenia się spełniały, a plany gładko realizowały; żeby było pięknie i miło, żebyście mieli czas dla siebie i na to, co ważne. Żeby 2019 był wszystkim tym, czego chcecie. Wszystkiego dobrego!

przeczytaj także

0 komentarze