w nowym roku najbardziej pociąga mnie iluzja czystej kartki


Ponieważ jest drugi dzień nowego roku i wszyscy trąbią o swoich postanowieniach noworocznych, nie będę gorsza - i też potrąbię. Tylko tak trochę inaczej, bo z samą ideą postanowień mam pewien problem. Jaki? Próbuję odpowiedzieć na to pytanie Wam i samej sobie.

Kiedy dwa lata temu otwierałam tego bloga, a moja koncepcja tego miejsca i wyobrażenie o pisaniu żyły jeszcze w zupełnie innej krainie, takiej z kolorowej waty cukrowej, napisałam tekst Postanowienia noworoczne: cztery oznaki, że robisz to źle. I chociaż jest to taki blogowy odpowiednik zdjęć z przedszkola, których mamy zaciekle bronią, nie mogę nie przyznać sobie racji - mimo że moje życie zmieniło się diametralnie, a fala deklaracji postanowień noworocznych jakby zelżała (choć może ma to związek z bezlitosnym spersonalizowaniem fejsbuka, które uprawiam hobbystycznie i ochoczo), to co mam do powiedzenia dzisiaj, ma coś z tego starego tekstu.

Jak stary rok tak już na poważnie zaczął się zbierać do podróży i napisałam jako-takie podsumowanie 2017, którego w zasadzie podsumować się nie da, zaczęłam myśleć o tym, czego chciałabym od roku 2018. Ot, zdrowa, mainstreamowa czynność, której jestem warta. I tak myślę, i zapisuję, i nagle mnie to uderza: idea postanowień jest niewiarygodnie cwana i wygodna. Bo takie postanowienie to coś więcej niż pobożne życzenia, którymi byśmy najchętniej wypełnili cały zeszyt i patrzyli, jak się samospełniają. Z drugiej strony takie postanowienie to nadal nie jest cel, który wypada osiągnąć, bo jest celem i jest przez to poważny - to raczej takie "byłoby fantastycznie, gdyby udało mi się...", które później z wielką gracją można skwitować jakimś powabnym "ups" czy "ojejku", tak po prostu, bez zbędnych sentymentów. I choć jest to idea bardzo zdrowa i pomocna, mnie niewyobrażalnie rozleniwia i daje przyzwolenie na ignorowanie tej nieodłącznej listy, którą w pewnym momencie życia spisuje się co roku z wypiekami na twarzy. I właśnie tu rodzi się mój problem - chciałabym być człowiekiem postanowień, bo postanowienia pozwalają jednocześnie umeblować życie i żyć tym życiem spontanicznie. Muszę je jednak nienawidzić, bo ukazują światu to, co ja bardzo przed tym światem chcę ukryć - na przykład lenistwo i niekonsekwencję. Postanowienia sprawiają, że czuję się znacznie mniej słowna niż w rzeczywistości jestem - a z tego nie może być nic dobrego.

Jak zatem wyglądają u mnie wizje (bo inaczej tego nazwać nie umiem) zaczynającego się roku? To taka wypadkowa tego, czego chcę, co powinnam, a co ewidentnie muszę, składająca się po dwunastu miesiącach w słodko-gorzką mozaikę sukcesów i porażek. Być może ma to związek z tym, że w ciągu roku nieszczególną uwagę poświęcam tym noworocznym zapiskom, a i nierzadko zapominam w ogóle o ich istnieniu. Ja chyba całkiem na poważnie nie potrafię w postanowienia, dlatego też zrobię to po swojemu, jak 90% rzeczy w życiu. Tym razem, chyba w sposób najlogiczniej oddający moje podejście do życia, weszłam w nowy rok z: prośbami, marzeniami i potrzebami oraz z paroma drobiazgami, które nie są kluczowe dla mojego życia, ale za to sprawiają mi mnóstwo frajdy. I chociaż wiem, że następne 364 dni zweryfikują to wszystko na swój własny, nieprzewidywalny sposób, lubię tę magię przejścia ze starego roku w nowy - najpierw noc pełną fajerwerków, życzeń i miłych chwil, a później wstawanie w starej-nowej rzeczywistości, która, choć dalej biegnie swoim torem, daje mi poczucie świeżego startu i możliwości zaprojektowania przynajmniej niektórych dziedzin życia. Lubię leniwy 1 stycznia z kubkiem herbaty, internetem, zdjęciami znajomych z minionej nocy i inspiracjami, które niektórzy potrafią wykorzystać w sposób, który nigdy nie będzie dla mnie uchwytny. Lubię poczuć impuls do stworzenia swojej wizji życia w kolejnym roku i lubię myśleć, co dzięki temu może się wydarzyć, choć pewnie i tak zacznie to żyć własnym, skrajnie innym od wymyślonego przeze mnie, życiem. Jak zatem widzę 2018 rok?

Wśród próśb, czyli tych rzeczy, na których bardzo mi zależy, a na które nie mam wpływu, znalazły się zaledwie dwie rzeczy: żeby było zdrowie i żeby, tak po prostu, było dobrze. Co rozumiem przez dobrze? Normalnie. Bez negatywnych niespodzianek, nieporozumień i mijania się. I to wystarczy.

Lista marzeń z kolei zawiera te z postanowień, które bardzo chciałabym spełnić dla własnej przyjemności i wygody, a które nie są takie zupełnie oderwane od rzeczywistości i jest szansa, że spełnię je jeszcze w tym roku, nie robiąc rewolucji i nie wywracając do góry nogami całej naszej rzeczywistości. Przede wszystkim chciałabym pogodzić jakoś Katowice i Lublin - móc być trochę tam i trochę tu, wypełnić jakoś przestrzeń pomiędzy, w której póki co funkcjonuję. Żeby mieć czas dla bliskich i przyjaciół, i móc często tulić pieska. Chciałabym też zrobić coś, o czym rozmyślałam od dawna - czyli napisać książkę. To taki pomysł, który przyświeca mi od wczesnych lat szkolnych i nigdy nie został zrealizowany - najpierw, bo nie miałam rozwiniętego warsztatu, a osiągnięcie czegoś takiego wydawało mi się być poza moim zasięgiem (od zawsze traktuję to jak sukces i prestiż, nie jak celebrycką zachciankę), później, bo doszłam do wniosku, że dużo bardziej wiem jak pisać, niż o czym pisać. Jednak kiedy w skutek najmniej oczekiwanych i najmniej obiecujących bodźców poczułam, że może wreszcie mam temat, postanowiłam naszkicować chociaż szkielet. A co mi tam, najwyżej zostanie na pamiątkę - albo na materiał na bloga. Myślałam też sobie kiedyś, że może chciałabym zarabiać na pisaniu - no bo przecież bardzo chcę zawodowo robić coś, co lubię. I to sprowadza nas gdzieś na pogranicze marzeń i potrzeb, bo jako potrzebę na ten rok sklasyfikowałabym właśnie znalezienie pracy.

W zeszłym roku na mojej liście, choć wówczas nie nazwana potrzebą, pojawiła się obrona pracy magisterskiej. Nie tak całkiem od razu i bez problemów, ale udało mi się do niej doprowadzić, kolejnym logicznym posunięciem byłoby zatem znalezienie pracy. I chociaż mówię sobie i wszystkim, że na początek zatrudnię się gdziekolwiek (no, prawie), tak naprawdę bardzo chciałabym robić coś, co nie będzie powodowało, że poczuję się tak ameba niezdolna do czegokolwiek. Bo, niestety, tak czułam się w zeszłym roku, i dalej mocno obawiam się ponownego zaproszenia samej siebie w podobne bagno. Nazwijcie to przewrażliwieniem albo leserstwem, ale jednak chciałabym móc pozwolić sobie na luksus poszukiwania Tego Jedynego Zajęcia. Zwłaszcza, że naprawdę chciałabym wreszcie coś robić, nie tylko z okołopieniążkowych przyziemnych przyczyn, ale też dla samej siebie. Siedzenie w domu jest fajne tylko przez pewien czas i tylko tam, gdzie jest do kogo gębę otworzyć i wie się, jak się sobą zająć.

Pozostałe rzeczy, a jest ich zaskakująco dużo, to takie drobiazgi, które nie zmienią sensu mojego życia, ale które bardzo chcę mieć w zasięgu ręki. Tutaj wymieniłabym wygospodarowanie większej ilości czasu na pisanie (cały czas czekam, aż magiczna formuła, którą mam w głowie, ale której nie umiem przenieść na bloga, spłynie na mnie całym swoim blaskiem) i czytanie, wybranie się od czasu do czasu do Empiku i wyjście z niego z zestawem kulturowo-odchamiającym, urządzenie w nowym mieszkaniu miejsca, gdzie będzie mi się pracowało chociaż po części tak dobrze, jak przy starym domowym biurku, czy, do bólu przyziemne, zjedzenie najsłuszniejszej i najpyszniejszej pizzy w Katowicach. Nie jestem pewna, czy dobrze świadczy o mnie przewaga ilościowa takich drobiazgów nad konkretnymi celami, ale cóż zrobić, czas pokaże, co należy o tym myśleć.

Jakie mamy plany? To też czas pokaże - a póki co mogę sobie spisywać pobożne życzenia. Jak będzie normalnie, to będzie i dobrze. Nawet chętnie się trochę ponudzę. Byle się nam wszystkim układało - i tego życzę również Wam. Szczęśliwego nowego roku!

przeczytaj także

0 komentarze