Mamo, kiedy w tym roku będą ferie?


Sondażu nie przeprowadzałam, ale jestem przekonana, że to pytanie osiąga najwyższą frekwencję wśród pytań zadawanych w okresie między Nowym Rokiem a Wielkanocą. No, przynajmniej w moim świecie. Przynajmniej dopóki chodziłam do szkoły.

Mama to człowiek, który rozumie potrzebę ferii. Mama-nauczyciel to osoba, która tę potrzebę podziela. No i doskonale wie, kiedy w tym roku wypadają ferie, więc odpowiedzi udziela błyskawicznie. Brzmi nieźle, co?

Tak też każdego roku z odpowiednim wyprzedzeniem padało to znamienne pytanie i z odpowiednim wyprzedzeniem wspaniała wieść dobiegała mych uszu. No, czasami była odrobinę mniej wspaniała, bo ferie pokrywały się z walentynkami i nie mogłam w szkole rozdawać urodzinowych cukierków. Ale i tak było fajnie, bo imprezę robiłam strategicznie w weekend przed powrotem do szkoły, żeby moje koleżanki nie miały jak się wymigać. Life hack, w jaki nawet w internetach nie potrafią.

Zanim jednak położyłam na torcie tę przysłowiową wisienkę, czekały mnie dwa tygodnie fajności. Fajności, które niezmiennie kojarzą mi się ze śniegiem - całymi furami śniegu, przez które trzeba było się przedzierać w drodze na targ. Bo na targu kupowało się karteczki do segregatorów, pamiętniki i nowe numery W.I.T.C.H. Ach, no i brokat na imprezy.

W ferie spotykało się z przyjaciółką i jeździło do kina. Nocowało u koleżanek, odwiedzało Dziadków i chodziło z Mamą na zakupy. Wysyłało SMSy wówczas drogie jak złote ferrari. Ferie to była jedna wielka sobota. Ale najfajniejsze w feriach było to, że było nieprzyzwoicie dużo czasu na czytanie książek. A jeszcze fajniejsze niż najfajniejsze było to, że zwykle w okolicy ferii zimowych wychodziły nowe Harry Pottery. Tak właśnie. Wolnego w bród, setki stron wspaniałości przed oczami - to było tak idealne, że poprawić się dało jedynie jedzeniem Cini Minis bez mleka. Co też robiłam.

Kiedy nadchodził dzień premiery Harry'ego Pottera, szłam na wspomniany już targ zakupić swój egzemplarz. Oczywiście z mamą, która - chcąc nie chcąc - została uprzedzona o tym fakcie z odpowiednim wyprzedzeniem, wraz z całą furą zachwytów i mojej paplaniny. Do dziś pamiętam swoje oburzenie, kiedy pani w papierniczym powiedziała mi, że nie ma Harry'ego i że chyba pomyliłam dni, bo będzie jutro. Otóż nie, proszę pani. Tacy fani jak ja nie mylą dni, a w kserze na rogu kupiłam książkę od ręki. I dumna wróciłam do domu go czytać.

Dzięki Harry'emu Potterowi stoczyłam też bój. Ze znakiem opuszczenia. Otóż jednego roku mama kupiła książkę, owszem, ale powiedziała, że mi jej nie da, póki nie przeczytam lektury. Pinokia. Nie wyobrażacie sobie mojego szczęścia, kiedy odkryłam, że w tej wersji bajki zastosowano opuszczenia. Nie wyobrażacie sobie też, że na mocy tych opuszczeń dodałam swoje, żeby szybciej zacząć czytać to, co należy. Dzieci to jednak są cwane.

Tak czy inaczej, kiedy już się dorwałam do Harry'ego Pottera, nie puszczałam książki, póki jej nie skończyłam. I to dosłownie potrafiłam czytać całymi dniami, z niechętnie przyjmowanymi przerwami na posiłki i sen. I tak oto potrafiłam przeczytać 800 stron w 2-3 dni. Żebym z takim zapałem studiowała teraz notatki...

Jak już zabrakło stron w Harrym, znów można było wyjść do ludzi. I o Harrym pogadać. Czemu ferie trwają tylko dwa tygodnie...?



przeczytaj także

0 komentarze