słońce, książki i ferie w Katowicach, czyli jak uleczyć z(a)łamane pióro


Od czasu do czasu pisanie nie idzie. A to nie ma czasu, a to nie ma weny, a to nie ma ochoty. Czasami jest też tak, że bardzo się chce - a czym chce się mocniej, tym mocniejsza jest frustracja, że spod palców nie wychodzi to, czego się oczekiwało. To obecnie jeden z moich problemów.

Ten blog zaliczył już kilka przerw - jak byłam zbyt podekscytowana życiem, by pisać, jak byłam owładnięta problemami, i jak łapałam zastoje i zawiasy. Ot, codzienność. Obecnie natomiast jestem człowiekiem dwóch codzienności, więc - analogicznie - problem też się podwaja. Z updatów relokacyjnych mam do powiedzenia tyle, że nadal tęsknię okropnie za Katowicami, natomiast za oknem wychodzi słońce i razem z tym słońcem zdarza mi się uchwycić myśl, że przecież jakoś to będzie - jak tylko nie będzie tak ponuro i depresyjnie. Nie jestem przesadnym meteopatą, zresztą z własnej woli cieszę się na deszcz pod koniec lata i podkręcam atmosferę zapętlaniem Coldplaya - ale tutaj to nawet deszcz nie chce porządnie popadać. Opadów praktycznie nie ma żadnych, ani śnieżnych, ani deszczowych, nie ma absolutnie nic poza szarugą, która z upływem dni i tygodni niemalże się nie zmienia. Tak więc razem z wyjęciem okularów przeciwsłonecznych wyjęłam też mały zalążek wiary w to, że będzie miło nie tylko w kontaktach z B., ale też z otoczeniem. Jednak mimo tych zmian, Katowice nadal są ważne i odległe, a zapotrzebowania na nie nie nasyciłam nawet moim jedenastodniowym - dotychczas najdłuższym - pobytem w domu rodzinnym w czasie ferii zimowych. Wykorzystałam natomiast ten czas, żeby wejść na chwilę w moją dawną codzienność - i chociaż jest to temat na dłuższą opowieść, w absolutnie maksymalnym skrócie muszę wyznać, że nigdzie nie pisze się tak, jak przy moim biurku z widokiem na drzewo, które rosło razem ze mną.

I chociaż może brak ulubionego biurka brzmi jak słaby pretekst do lenistwa, wierzcie mi, że te wszystkie drobne czynniki w połączeniu ze sobą tworzą mieszankę doprawdy wybuchową. Chwilowo - nie wiem, czy z powodu braku perfekcyjnego miejsca do pracy, czy z powodu niemożności prowadzenia dawnego trybu życia, czy z powodu zwykłej rozlazłości - nie potrafię pisać. To znaczy potrafię - przecież dobieram słowa i sklejam je w logiczne zdania - ale ciągle mi mało, ciągle jestem niezadowolona efektem tych wysiłków. I to niezadowolona do tego stopnia, że w pewnym momencie już nawet przestałam bloga otwierać, bo strony edytora - czy puste, czy pełne - zaczęły wywoływać u mnie rozdrażnienie i zniechęcenie. Z tego samego powodu nie opublikowałam nawet tekstu na 25 urodziny (okrągła rocznica przecież!), choć nigdy nie zdarzyło mi się zignorować wpisu z okazji bycia księżniczką (;)). Co prawda jest już po ptokach z tym księżniczkowaniem, ale w przyszłości pojawi się on na pewno, bo jest to tekst bardzo ważny, a tym samym - uniwersalny. Po prostu muszę go dopracować, bo ważne teksty na to zasługują.

W głowie mam naprawdę przyzwoitej długości listę tematów, które chciałabym ujarzmić i podrzucić Wam do przeczytania. Słowem - mam wszystko, oprócz wiary w siebie, którą napędzam swoje palce i klawiaturę. No, i może jeszcze nie mam możliwości puszczenia tych lepszych tekstów w eter, bo główne medium, przez które docierałam do Was i nowych czytelników, właśnie przeprowadza szaloną rewolucję wycelowaną w takich tekściarzy-amatorów jak ja. I chociaż piszę o tym, co mi w duszy gra i nie tworzę pod zasięgi, jednak piszę publicznie, a nie w zahasłowanym wordzie czy zakłódkowanym pamiętniczku - i niskie statystyki podpalają te kruche drabinki, które próbuję pleść w swojej twórczej dziurze, w której rekreacyjnie przesiaduję od paru dłuższych chwil. A jak już jesteśmy przy tym - co się robi w rekreacyjnych dołach twórczych?

Czyta książki. Może nie tyle, ile bym chciała, i nie tak dobre, jak oczekiwałam, ale nadal są książkami, i nadal napędzają te goniące mi się między uszami szare komórki. I to do tego stopnia, że znów zaczęło mnie ciągnąć do książkosfery - do typowych recenzji nie wrócę, a przynajmniej nie na blogu, ale coraz poważniej zaczynam myśleć o poszerzeniu działu kulturalnego i zasypywaniu instagrama pięknymi okładkami, jak bookstagramerki, które od paru dni śledzę z mieszaniną podziwu i zazdrości. Jak widzicie - w głowie mnóstwo myśli i pomysłów, na blogu pustki zatrważające. I gdzie tu szukać chęci i motywacji?


Na tym etapie pisania tekstu wyłączyłam laptop i wyszłam z domu, bo miałam do załatwienia parę spraw. I wiecie, co się okazało? Słońce wcale nie żartowało i postanowiło świecić w najlepsze, dając cudowną obietnicę wiosny, która była mi potrzebna bardziej niż sądziłam. Wsunęłam okulary przeciwsłoneczne na nos i po wypełnieniu wszystkich dzisiejszych obowiązków ruszyłam nie do najbliższego, ale do najładniej położonego sklepu. Było ciepło, śpiewały ptaki, a szare mury wydały się jednak mieć w sobie coś więcej niż złamany czasem kamień i trochę nieumiejętnie napryskanego przez wandali sprayu. Aż nie chciało się wracać do mieszkania, które jeszcze do niedawna było moim ulubionym miejscem w Lublinie.

Nie oznacza to oczywiście, że dotknęła mnie jakaś zaczarowana różdżka, która sprawiła, że z całego świata kocham tylko Lublin i że od dziś będzie już tylko wspaniale. Nadal mi smutno na myśl, co mogłabym zrobić w Katowicach w tak obiecujący dzień jak dziś, a czego nie zrobię, bo znajduję się setki kilometrów stamtąd. Nadal wierzę, że idziemy jakimś bardzo długim korytarzem, który szybko się nie skończy, ale jak już go przebędziemy to zacznie się takie życie naprawdę, a nie w zawieszeniu między życiem dawnym a życiem planowanym. Ale zrobiło się jakby mniej mrocznie i - kto wie? - może taki mały krok będzie tym decydującym. W końcu dziś wszystko jest tak pozytywne.

przeczytaj także

0 komentarze