gepardy, lanie wosku i dyskoteki bez Stachurskiego, czyli jak wyglądały imprezy sprzed dekady


Imprezy, zwłaszcza te tańczone, lubię od dziecka - i choć w ciągu tych wszystkich lat trochę zmieniło się moje rozumienie "imprezowania", zapały towarzysko-taneczne mi zostały. Karnawał to zatem świetny moment, żeby wrócić do Opowieści sprzed dekady. Dziś będzie o balach, przebraniach i boomboxach prosto z lat '00.

Skąd się wzięła moja pasja do zabaw, zwłaszcza zorientowana na imprezy prywatne, a nie przejawiająca się np. chęcią uczęszczania z koleżankami na szalenie kiedyś popularne lekcje baletu czy tzw. tańce - nie wiem. Wiem natomiast, że tańczyć chciałam od małego, terroryzując mamę, tatę (próbował się wymigać tym, że "nie tańczy się bez muzyki", ale nie szło) czy nawet ich znajomych, którzy w błogiej nieświadomości przekraczali próg naszego mieszkania. Skakałam do Smerfnych Hitów, z zapałem organizowałam swoje urodziny i zawsze byłam na czele komitetu planującego zabawy w gronie koleżanek. Na moje szczęście nadeszła podstawówka, a z nią mnóstwo "imprez", muzyki i sypkiego brokatu do ciała. I już nie udawajcie, że nie był to największy szpan na dzielni, tak się świecić i nie móc z tego domyć.

Kiedy w roku dwutysięcznym przekraczałam próg szkoły po raz pierwszy, do głowy mi nie przyszło, że to będzie taka zabawa. Jasne, byłam gotowa na zdobywanie nowej wiedzy, bo to po prostu lubiłam, byłam gotowa na nowe koleżanki i kolegów, chyba nawet byłam gotowa na to, że trzeba cierpliwie siedzieć w ławce i nie gadać do koleżanki, której przecież miałam tyle do powiedzenia. No co tu dużo mówić - wygląda na to, że aspirowałam do bycia wzorową. Z dużym prawdopodobieństwem nawet nią byłam. Ale wbrew wszelkim schematom i stereotypom, z pozoru poukładani ludzie to prawdziwy żywioł. Tak więc istnienie szkolnych bali i dyskotek, jak możecie się domyślać, wprowadziło mnie w stan ponadprzeciętnego szczęścia.

Nie do końca już pamiętam, co było pierwsze. Czy były to andrzejki? Albo klasowa wigilia? A może jednak bal przebierańców? Chyba już nigdy do tego nie dojdę, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że każda z tych okazji została podkreślona więcej niż raz stosownym spotkaniem, i to już od najmłodszych klas. Pamiętam liczne przedstawienia, w tym klasowe jasełka, w których dostałam ambitną rolę pierwszoplanową (nie, nie byłam Maryją. Byłam choinką!); pamiętam, jak po przedstawieniu dzieliliśmy się z sobą opłatkiem i śpiewaliśmy kolędy z naszą wychowawczynią przy wielkim kolorowym drzewku. Pamiętam spotkanie andrzejkowe - nawet pamiętam, co miałam na sobie, ale za to za nic nie wiem, w której było klasie ;) - lanie wosku, ustawianie kapci i mnóstwo innych wróżb, które przygotowała "nasza pani", a których my całą klasą ochoczo próbowaliśmy. Były też urodziny - wiadomo, własne, kólkólkól, bo organizacja, ekscytacja i bycie gwiazdą, ale też cudze: jedzenie cukierków w klasie, kupowanie prezentu i szykowanie się na "imprezę" w weekend.


Pamiętam wreszcie najważniejsze: bale przebierańców, te w klasie, jak i te szkolne. Pamiętam doskonale swój strój lamparta i strój papugi mojej przyjaciółki z ławki, podczas gdy pozostałe dziewczynki były milionami wariantów księżniczek i wróżek. Pamiętam inny bal z tej samej okazji, na którym byłam przebrana za Chinkę i na którym mogliśmy pójść na ogólnoszkolną dyskotekę, na której w pierwszej turze starsze klasy miały na koniec Stachurskiego, a nam nic wolnego i modnego nie puścili - a musicie wiedzieć, że wówczas był to zawód więcej niż duży. Na tym balu tańczyłam z kolegą z klasy - i tak się akurat złożyło, że jest to jedna z nielicznych osób z podstawówki, z którymi jestem do dziś w kontakcie. Teraz wiem, jaką moc mają hity z tamtych czasów... :D

A propos hitów - starsze klasy przyniosły "poważne" dyskoteki, bez przebieranek i zabaw, za to w modnych ciuchach i z nadzieją na taniec z którymś z chłopaków (którzy woleli gonić się po szkole i doprowadzać tym nauczycieli do szału). Do dziś pamiętam, jak dumna wybrałam się na bodajże pierwszą z nich w nowych spodniach i nowej koszuli, do której założyłam krawat od taty, bo "tak będzie modnie". Tańczyłam z koleżankami, z którymi przyszłam, a musicie wiedzieć, że idąc do szkoły przez osiedle, czułyśmy ten superpower, choćbyśmy były jakimiś Atomówkami czy innymi Czarodziejkami W.I.T.C.H. (#teamIrma) - więc to nie było byle co, nie nie. Pamiętam, że na tych samych zabawach tak zwane popularne dziewczyny tańczyły z chłopakami za ręce (nieważne, że wykonywali zamaszyste ruchy wahadła, ważne, że dziewczyna z chłopakiem!) i wspinały się na ławki, żeby tańczyć jak na prawdziwej dyskotece - na podwyższeniu. Mogę się mylić, ale dla nauczycieli był to chyba odpowiednik goniących się chłopaków, więc trwoga, zgroza i kara na tydzień. Ale za to +100 dla popularności, chyba nawet oni byli tego świadomi.

Chociaż nasza podstawówka naprawdę obfitowała w program kulturalny i byliśmy na niezliczonej ilości koncertów i innych artystycznych spotkań, z perspektywy dziecka - a później, w konsekwencji tych dziecięcych zachwytów, również po latach - to dyskoteki i bale zapamiętałam najlepiej. To był ten cudowny moment, w którym jeszcze jest się dzieckiem, ale chce się już być "dorosłym" jak dziewczyny ze starszych klas i czeka się, aż jakiś przystojniak podrzuci liścik z tym jednym, magicznym pytaniem, na które wszystkie wyczekiwałyśmy z zapartym tchem: "chcesz ze mną chodzić?". Każdy dyskotekowy wieczór był obietnicą dobrej zabawy, mieszaniną oczekiwania i ekscytacji tym, co może się ciekawego wydarzyć i że może to właśnie będzie ten "miłosny przełom". Do dziś mnie zaskakuje, skąd wzięłyśmy takie oczekiwania i tą niezłomną wiarę w ich słuszność, ale wiem, że było to na swój sposób fajne i że była to jedna z tych rzeczy, które już zawsze będą nierozłącznie związane z podstawówką. A gepardy, lanie wosku i dyskoteki bez Stachurskiego tylko w tym pomogły.

A jak było w tej nieoszukanej dekadzie temu, która naprawdę była przed dziesięcioma, a nie piętnastoma laty? No cóż - posucha. Równo dekadę temu byłam na półmetku gimnazjum (dalej mnie to zaskakuje. W sumie to co roku bardziej), w którym chyba jakaś jedna dyskoteka się zdarzyła - ale była na tyle nieistotna, że nawet dobrze jej nie kojarzę. Na koniec gimnazjum był komers, a w liceum, oprócz studniówki, były średniej jakości domówki i jedno, ale porządne wesele. I chociaż po podstawówce zostało mi zamiłowanie do tańca (które przed 90% czasu zamiast czynami wyrażam narzekaniem, że poszłabym potańczyć), drugiego tak imprezowego czasu jeszcze nie miałam. Nawet w liceum, ani nawet na studiach. I gdzie te tańce, co minęły?


przeczytaj także

0 komentarze