Smerfne hity, serpentyny i truskawkowe Piccolo


No to minął kolejny rok. Może to refleksja na wskroś banalna i w dodatku jakby spóźniona o półtora miesiąca, ale teraz to zdecydowanie coś bardziej osobistego: teraz przyjdzie mi dołożyć kolejną świeczkę na torcie. I choć pocieszam się, że na więcej świeczek wolno zamówić większy tort, nijak nie mogę uwolnić się od tej nowej świeczki obracającej się w mojej głowie jak w jakiejś starej grze video.

Choć, tak po prawdzie, więcej w tym dramatyzmu i grania pod publikę, niż prawdziwego strachu. Dopóki nie będzie to pięćdziesiąta świeczka, oficjalnie jestem młoda. A później to druga młodość, więc też spoko. Dopóki jest zdrowie i radość w życiu, o co się szczypać?

No, może jedynie o to, że moje opowieści sprzed dekady już nie trzymają się kupy, bo dekadę temu to było gimnazjum, a gimnazjum już nie jest takie kól. Kól jest podstawówka, te wszystkie cudowności i wspaniałości. I słuchanie t.A.T.u. na discmanie. A jak powszechnie wiadomo, w urodziny można wszystko - nawet ignorować światowe trendy. W związku z tym umówimy się, że przed dekadą była podstawówka. Przed dekadą były epickie urodziny.

Należałoby właściwie zacząć od dzielenia cukierkami w szkole, bo to dzielenie było prawdziwą szkołą życia. Uczyło twardej ręki (PO DWA!) i silnej woli (nie zjem więcej niż dwa), a i nie stroniło od pokazania nam, dzieciakom z dzielni, czym jest dreszcz niepewności (wystarczy dla pani z polaka?!). No i było mocno na propsie, no bo wszyscy byli mili. Albo chociaż udawali, co też jest dość - DOŚĆ - miłe.


No ale te cukierki to było tylko dla fejmu, coś jak dziś lajki na fejsie albo serduszka na instagramie. Prawdziwe serduszko natomiast rosło, jak nadchodził ten wyczekiwany dzień urodzin (i prezenty, nie będę się oszukiwać) - a później, jak przychodził weekend i impreza. Zasadniczo imprezy były dwie: jedna dla koleżanek, druga dla rodziny. Dokładnie w tych żelaznych regułach, i nie ma, że kuzynka jest też ziomalką. W końcu muszę mieć kogoś w swoim pokoju, jak dorośli mówią nudne rzeczy w salonie, nie?

Jednak między imprezą dla koleżanek a imprezą dla rodziny była zasadnicza przepaść. Imprezę dla dorosłych szykowali dorośli, większość jedzenia zjadali oni (wtedy było mi to obojętne, dacie wiarę?), a my po torcie ewakuowałyśmy się do mojego królestwa pobawić się, jak za każdym innym razem. Impreza dla koleżanek to był powiew dorosłości: tym razem stół był nasz, a dorośli tylko szykowali i mogli obejść się smakiem, he he he. Było Piccolo (do dziś pamiętam, jak ciężko przyszło mi wybaczenie rodzinie, że wbrew mojej woli dodali mi ciepłej wody, bo byłam przeziębiona. Też mi argument.), serpentyny, no i te wszystkie zabawy z siadaniem na krzesło jak milknie muzyka (Smerfne hity!). Szczytem szpanu były urodziny w sali zabaw, szczytem tajemniczości - w makdonaldzie. Ani jednych, ani drugich nie miałam (uff). Za to raz zorganizowałam urodziny tylko dla mojej przyjaciółki z ławki i było superekstrafajnie, z napojem gazowanym, sesją zdjęciową wykonaną samowyzwalaczem na mojej pierwszej cyfrówce i innymi atrakcjami.


Na urodziny obowiązkowo zapraszało się poprzez staranne wypisanie kolorowych zaproszeń. Nie ustnie, nie przez telefon. Nie. Ładne zaproszenie, miejsce i data i oczekiwanie na gości. Na imprezę kupowało się świeczki i szampana dla dzieci, a szczytem mody był zestaw papierowych naczyń z Myszką Miki. Albo księżniczkami. Kolejną świętością były prezenty: musiała być własnoręcznie podpisana kartka i, najczęściej, coś kupionego na miejscowym targu. Tam zawsze były wspaniałe rzeczy, serio. Książki, papeterie, pamiętniki, skarbonki, ramki na zdjęcia... Cały kosmos możliwości, którymi kilkuletni mózg był oczarowany i nie mógł ich objąć. Była jeszcze jedna urodzinowa świętość: kartka od przyjaciół wysyłana pocztą. Choć mieszkamy zaledwie pół godziny drogi od siebie, kiedyś to była przepaść - przepaść bez komórek i spotkań bez rodziców, więc kartka obowiązkowo wędrowała przez listonosza. I zawsze były to najśmieszniejsze z kartek. Do dziś pamiętam kilka z nich.

Chociaż jeszcze nie jestem na etapie odejmowania sobie lat, odczuwam już pewien dyskomfort z powodu upływu czasu. Kiedyś skarciłabym się za to - przecież bycie starszym o rok jest super. Powiedzieć "mam prawie jedenaście lat" to była duma i szacun na dzielni. I nieważne, że "prawie" znaczy mniej więcej tyle co "cztery miesiące". Ważne, że jedenaście to dużo więcej niż dzieciowate dziesięć.

Co się zmieniło od czasów prawiejedenastoletnich? No, wszystko. Ale i dalej jest miło. W chwili, w której to czytasz, ja już udaję księżniczkę.


przeczytaj także

0 komentarze