jak zaskoczyć czytelnika w XXI wieku?


Oto jest pytanie! Dziś o tym, jak kształtuje się współczesna literatura i dzięki czemu wierzę w jej dalsze możliwości.

Żyjemy w takich czasach, w których wydaje się, że wszystko już było: każdy motyw, interpretacja i wykonanie. I choć lubimy bawić się elementami i z nadzieją je przestawiamy i komponujemy w coraz to bardziej nowatorskie schematy, to wciąż są istniejące już elementy. Przy czym nie sposób być zdziwionym czy krytykować za to kogokolwiek - to zupełnie naturalne, a i pozytywnie pobudzające kreatywność współczesnych twórców i odbiorców. Dokładnie z tych powodów powstał nie jeden już filmowy remake oraz muzyczny cover czy remix. A co zostaje książkom? Jedynie ponowny druk, choć w dzisiejszych czasach 95% powieści otrzymuje drugie życie tylko dzięki zainteresowaniu filmowców. A to na przestrzeni lat rośnie.

Różnica między literaturą a innymi dziedzinami popkultury jest zasadnicza: podczas gdy muzyka i film (i jego wszystkie pochodne) zupełnie naturalnie dają nowe życie nie tylko motywom, ale całemu ich otoczeniu, powieści nie sposób scoverować czy remakować (fuj, ale brzydkie słowa). Można przejąć motyw, ładnie go ubrać w słowa i włożyć w nowe realia, można przejąć po zmarłym pisarzu prawa do kontynuacji serii, tworzyć prequele, sequele i kolejne historie rozgrywające się w stworzonym przed laty uniwersum, ale nijak nie można być literackim piosenkarzem pop/dance i pastwić się nad hitami z lat 80. zmieniając tylko bity. Daleka jestem od oceniania, co to oznacza dla literatury i w jakiej pozycji stawia ją w stosunku do innych gałęzi popkultury; jednak niewątpliwym jest, że funkcjonując w tak ustalonych zasadach kulturowych, pisarz z założenia ma w ręku nieco inne narzędzia niż reżyser czy muzyk - i najgęstszy chyba rynek, bo znajduje się między muzyką, którą w dobie Youtuba może tworzyć każdy (ale nie każdy bez odpowiednich umiejętności wedrze się na "prawdziwy" rynek), a filmem, który jest przedsięwzięciem wymagającym większego budżetu i nie skusi każdego amatora. Znajdując się w takim położeniu i dysponując takimi środkami - jak pisarz tworzący w XXI wieku może zaskoczyć swojego czytelnika?

Do zastanowienia się nad tym niełatwym problemem skłoniła mnie lektura powieści Czasami kłamię Alice Feeney (Wydawnictwo W.A.B., premiera na dniach - 25 października). W związku z moją recenzencką przeszłością (he, he), czasami wydawcy proponują mi jeszcze swoje nowości - a ja czasami dam się skusić. Tym razem od początku wiedziałam, że kroi się coś dobrego - choć dobry marketing nie zapewnia dobrej zawartości, jakoś tak podskórnie czułam chęć poznania tej historii. Na pierwszym miejscu - bo i jako pierwsze te działania ujrzałam - brawa dla Grupy Foksal za kreatywność w zapakowaniu przesyłki. Nie, żeby ekolodzy byli zachwyceni, ale ja z całą pewnością byłam, kiedy rozrywałam kolejne koperty, w których zamiast znaleźć książkę, znajdowałam kolejne zawiniątka z wiadomościami dotyczącymi motywu przewodniego książki. I choć dziś nie skupiam się na literackim marketingu, dobra robota, serio.

Wracając jednak do samej powieści - co sprawiło, że jako osoba czytająca regularnie, zostałam przez autorkę zaskoczona? W zasadzie nie była to żadna konkretna rzecz - raczej wypadkowa wszystkich elementów i tego, w jaki sposób zostały połączone. Pokrótce wprowadzając: Czasami kłamię to typowy thriller psychologiczny, z niemalże obowiązkowymi elementami: intrygą z działającymi niezależnie od siebie postaciami, ze zdarzeniem, które tę intrygę aktywuje i, oczywiście, z zaburzeniami psychicznymi. Kompozycja na pierwszy rzut oka też nie zaskakuje - nie ma tu co prawda uwielbianego od czasu Zaginionej dziewczyny podziału na spojrzenie z perspektywy różnych bohaterów, są natomiast poszatkowane odcinki czasu: czytamy o teraźniejszości, żeby za chwilę przenieść się w przeszłość. Czy tak zbudowana powieść wydaje się być znajoma? Z pewnością. Czy wydaje się, że będzie dobra? Tylko, jeśli nas czymś zaskoczy. No i zaskoczyła, przynajmniej mnie.

Nie jest łatwo przeanalizować czynniki decydujące o atrakcyjności tej powieści bez uciekania się do spoilerów - bo tak naprawdę dopiero zakończenie zdradza, że złożoność tekstu weszła na jeszcze wyższy poziom, niż czytelnik przypuszczał w trakcie lektury. Decydujący jest tu wspomniany już wcześniej podział czasowy - teraźniejszość i przeszłość. Nie jest to jednak podział na dwa rodzaje rozdziałów - typową kompozycję, w której przeplata się "było" i "jest". W tym przypadku autorka zdecydowała się na aż trzy główne linie fabularne, odpowiednio nazwane: "teraz", "wtedy" i "przedtem", gdzie odpowiednio pierwsza faza ("teraz") to moment, w którym główna bohaterka leży w śpiączce, druga ("wtedy") to zdarzenia prowadzące do śpiączki, natomiast trzecia ("przedtem") to wyrywki z pamiętnika małej dziewczynki - choć z pozoru niezwiązane z historią, okazały się być strzałem w dziesiątkę w kwestii budowy tekstu. Oprócz tych głównych płaszczyzn czasowych pod koniec powieści pojawiają się dodatkowo dwie warstwy: "potem" i "później" - choć kompozycyjnie już niewiele znaczące, w kwestii zakończenia zmieniają wszystko. I chociaż już sama ilość warstw czasu akcji wzbogaca historię i sposób jej odbioru, tak naprawdę ich przenikanie i twist jednej z nich jest decydujący zarówno dla fabuły, jak i atrakcyjności powieści. Ale o co chodzi i czemu tak jest, nie powiem - warto przekonać się samemu.

Choć budowa i przemyślana zawartość płaszczyzn czasowych jest głównym motorem powieści, na uznanie zasługuje jeszcze kilka elementów. Bez wątpienia będzie to sam tytuł powieści - bo to, że bohaterka czasami kłamie, jest dobrym punktem wyjścia do analizowania tekstu. Choć z pozoru tytuł ten nie przystaje do końcowej wymowy historii i wydaje się sugerować jedynie drobne kłamstewka bohaterki, pojedyncze zdania i słowa prowokują do tego, żeby jednak wziąć w wątpliwość to, o czym czytamy. Dochodząc do ostatniej strony i nie wiedząc już zupełnie, kto jest tu dobry, a kto zły - tytuł ten zapala nam nad głowami symboliczną żarówkę i zmusza do przemyślenia jeszcze raz wszystkiego, czego byliśmy świadkami. Nie wiem, jak Wam, ale mnie często nie zdarza się widywać tak przemyślanej kompozycji.

Kolejną rzeczą na plus będzie tu podejście do tematu śpiączki - autorka, korzystając z faktu, że ten stan jest wciąż tajemnicą, a liczni interpretowali go na swój sposób, postanowiła na nim oprzeć opowiadaną historię. Będziecie zaskoczeni, jak realistycznie udało się jej opisać pół-obecność w realnym świecie, koszmary i przywidzenia, które balansowały główną bohaterką w jej "teraz". Ale nic już więcej nie powiem, bo jak rzadko kiedy naprawdę chcę, żebyście tę książkę przeczytali.

Jak zatem można zaskoczyć czytelnika w XXI wieku? Sposobem. Wtórność jest nieunikniona, podobnie jak kopiowanie pewnych schematów, kompozycji i zachowań literackich. Ale okazuje się, że wystarczy ciut pomysłowości i powieść, która na pozór jest jedną z wielu jej podobnych, może okazać się nową jakością. I za to kocham popkulturę.

Tekst powstał we współpracy z Grupą Wydawniczą Foksal.

przeczytaj także

0 komentarze