a magia wciąż istnieje / a magija i dalje postoji


Lipiec w pełni, a tymczasem poranki i wieczory przywodzą na myśl raczej koniec lata. Ale mnie to wyjątkowo nie przeszkadza - bo przypominają mi atmosferę, która nam towarzyszyła w Cieszynie. To już prawie rok temu, a jakby było wczoraj.

Piszę ten tekst na fali emocji i wspomnień, które cały czas są niezwykle świeże. Ty jednak czytasz go prawie miesiąc później - 20 sierpnia. Czemu akurat dziś? Bo zdecydowałam, że to najmilszy sposób, żeby uczcić ten ważny dla mnie dzień. W końcu rocznice to szalenie miłe chwile - zwłaszcza te obchodzone po raz pierwszy. Z tej właśnie okazji superromantyczna historia prosto z filmu pełnego pięknych plenerów i zagrzewającego serca przesłania. A może to po prostu opowieść o tym, że wszystko jest możliwe.

O zeszłorocznym festiwalu folklorystycznym pisałam tutaj całkiem na świeżo, bo po powrocie do Katowic. Pisałam o moim zachwycie, zmęczeniu, zabieganiu i zdobywaniu doświadczenia i zapału do pracy. Wszystko to oczywiście było prawdą, z perspektywy czasu oceniając - wcale nie wyolbrzymioną. Do dziś szczerze podziwiam kumpelę i siebie, że funkcjonowałyśmy, śpiąc średnio cztery godziny na dobę, wszystko ogarniałyśmy, miałyśmy czas (TROCHĘ czasu) na towarzyskie aktywności i przy tym wszystkim jakoś specjalnie nie padałyśmy na twarz. Może przeklinanie na głos w naszych czterech ścianach pomagało, nie wiem. Ale było fajnie. A dziś jestem w miejscu, w którym nie spodziewałam się być - a na pewno nie w tak krótkim czasie. Gdybyśmy rok temu nie przyjechały do Cieszyna i nie przyjęły grupy z Czarnogóry, a nazajutrz nie uścisnęłabym mu dłoni, gdy nas sobie oficjalnie przedstawiali, najlepsze rzeczy w moim życiu nigdy by się nie wydarzyły. Ale może zacznijmy od początku.

Dokładnie rok temu, po godzinach debat i ploteczek załadowałyśmy się z R. do busa do Cieszyna, ku przygodzie (i odrabianiu praktyk studenckich). Piątek, początek weekendu, a my jemy pizzę i odkrywamy miasto - brzmi jak idylla, ale tak naprawdę łapałyśmy resztki wolności, bo wiedziałyśmy, że od soboty nie będzie czasu na nic; że będzie praca, stres i bariera językowa. No i była, ale było też mnóstwo miłych chwil. A wszystko to zaczęło się w momencie, kiedy w piątek wieczorem pod akademiki podjechał czarnogórski autokar...

A z autokaru wylała się na nas grupa młodych ludzi. Średnio trzydzieści osób, więc nawet nie będę próbowała Was oszukać, że od razu wypatrzyliśmy się w tłumie i zaczęliśmy zalotnie do siebie uśmiechać. Ale tam był. Pojawiał się tu i ówdzie, a to zawodowo, a to prywatnie, a to w niedzielę zapytał, co lubimy pić, a później zmaterializował się z dwoma zgrzewkami piwa w naszym pokoju, żeby nam podziękować i nas poznać. I gadaliśmy, gadaliśmy... I było nam coraz milej i sympatyczniej. Długo mogłabym pisać o tym, co fajnego robiliśmy w czasie festiwalu i jak poznałyśmy świetnych przyjaciół. Jak zachwycała mnie szarmanckość części z panów (no, wiadomo, czyja najbardziej), jak ciepło wspominam każdy dzień... Ale puenta jest gdzie indziej.

Puenta jest w tym, że było tak po prostu fajnie; że chociaż ja z różnych powodów nie zdecydowałam się zmienić stopy naszej znajomości, on wciąż się starał. W tym, że każdego dnia było coraz sympatyczniej i że byliśmy sobie coraz bliżsi. W tym, że podświadomie szukałam go wzrokiem i tak manewrowałam, żeby być w pobliżu. Nie wiem nawet dokładnie kiedy, ale w pewnym momencie stało się coś niezwykłego między nami, powstała jakaś magia. W następną sobotę wieczorem, czyli pod sam koniec festiwalu, delegacja z każdej grupy miała wybrać się na koncert muzyki francuskiej. Grupa oczywiście musiała iść z pilotem, a ja zrobiłam się jakoś wyjątkowo wyrywna i chętna do pracy... ;) Tak więc poszliśmy. Była wystawna sala, znane francuskie piosenki i... okazja do spaceru po zakończeniu, kiedy grupa wsiadła do autokaru, a on wykorzystał okazję, żeby wreszcie wyjść gdzieś razem, tylko we dwoje. A ja wykorzystałam okazję, żeby przestać udawać, że NIE ABSOLUTNIE. I tyle z mojej tajemniczości - po której zresztą zbyt długo nie płakałam, powiedzmy sobie szczerze. Poszliśmy na drinka, a później na spacer po urokliwym Cieszynie. Wróciliśmy dość wcześnie, bo magia magią, ale przyjaciół się nie zostawia. Kiedy jednak się okazało, że przyjaciółka R. ma towarzystwo i ma się doskonale, wróciliśmy na szlak. I plątaliśmy się po Cieszynie do 3 nad ranem, rozmawialiśmy i śmialiśmy się. A nad nami świeciły gwiazdy.

Śpiąc od trzeciej do szóstej, nie sposób się wyspać - ale ja wstałam pełna energii; no, w końcu nie na co dzień spotyka się swoją drugą połówkę. Wtedy sobie jeszcze tego nie uświadamiałam, ale na pewno podskórnie to przeczuwałam. I on chyba też, bo starał się jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. W niedzielę pojechaliśmy na ostatni już koncert - tym razem do Katowic. Pokazałyśmy naszym najulubieńszym muzykom na świecie fragment naszego miasta, a później oni mieli próbę akustyczną, a ja poszłam pozałatwiać swoje sprawy. Czyli nie widzieliśmy się zaledwie chwilę, co jest ważne dla dalszej historii. Dla historii, w której znów idziemy na spacer pod gwiazdami, a na koniec dostaję różę w tajemnicy przede mną przywiezioną z Katowic. Jak się mu ją udało kupić i ukryć, Bóg jeden raczy wiedzieć. Jak przetrwała ona kilka godzin w nagrzanym autobusie, a następnego dnia w moim plecaku zwiedzanie Krakowa - to już jest wyższy level bycia różą. Zwłaszcza, że już w domu, po powrocie, rozkwitła najpiękniej na świecie. Mam ją do dziś.

Zanim jednak wróciłyśmy do domu, w poniedziałek rano spełniłyśmy swoją obietnicę: pojechałyśmy z naszą grupą na pożegnalną wycieczkę do Krakowa. Każdy miał czas dla siebie, więc to chyba jasne, jak to się skończyło - Rynek, Wawel i kawa. No i spacer nad Wisłą, nad którą płynęły nuty La vie en rose, które zresztą już kolejny raz nam towarzyszyło - jak i cała lista piosenek, które zdawały się nam szeptać do ucha. Ale Kraków to też czas pożegnania - i choć puściłam łezkę, wyjątkowo spokojnie przyjęłam konieczność rozstania. Być może zadziałała jakaś niejasna pewność, że będzie ciąg dalszy? Bo przecież był.

Z Krakowa B. wyjechał 29 sierpnia. W pierwszej połowie września ja już byłam w Podgoricy - tym razem pewna, co tam robię i gdzie jest moje miejsce. I choć w Cieszynie wszystko się zaczęło, to Podgorica stała się początkiem naszej wspólnej drogi. Drogi niełatwej, ale niezmiennie cudownej, bo to na niej odkryłam, że przeznaczenie naprawdę istnieje i dało nam szansę. I to jest najpiękniejsze, nawet jeśli czasami życie daje w kość. Dzięki Losie. Dzięki B.

Dopisek sierpniowy: Cieszyn, Podgorica i Katowice to kolejne kropki na naszej wspólnej mapie. Przed paroma dniami do tej drogi dołączyła mała wioska pod Šabcem, gdzie pewnego pięknego wieczoru B. poprosił mnie o rękę. Była radość i "da" powtarzane po wielokroć. A nad nami tym razem spadały gwiazdy.


Sredina jula, a ujutru i uveče je kao da bi se završavalo leto. Ali meni to ne smeta, jer ovo vreme podseća mi na atmosferu koja je postojala u Cieszynu. To je bilo skoro pre godinu dana - a kao da bi se desilo juče.

Taj tekst pišem uz talas osećanja i uspomena, koje još uvek su baš sveže. Ali ti čitaš taj tekst skoro mesec dana kasnije – 19. avgusta. Zašto danas? Pa odlučila sam da je to najfiniji način da proslavim ovaj bitan za mene dan. Godišnjice su baš lepe – pogotovo ove prve. I iz tog razloga pišem tu super romantičnu priču iz filma punog lepih vidika i ideja od kojih raste srce. A možda to je jednostavno priča o tome što je sve moguće.

O folklornom festivalu pisala sam prošle godine odmah posle povratka u Katowice. Pisala sam o tome kako sam oduševljena i umorna, kako imam novih iskustava i kako puna sam želje da i dalje imam ovakvih poslova. Naravno sve je to bila istina – a sad, kad pomislim o tom periodu, znam da uopšte nisam uveličavala sve ovo. Do danas puna sam časti za moju drugaricu i za mene – zbog toga što smo uspele da funckionišemo iako smo spavale prosečno po četiri sata dnevno, sve što je trebalo smo postigle, a i je ostalo malo (MALO) vremena za druženje. I da nismo pale u nekom trenutku na lice od umora, da, to pre svega. Možda je psovanje naglas u našoj sobi pomagalo, ko zna – ali bilo je odlično. A danas sam na mestu, na kojem nisam očekivala da budem – barem u takvo kratko vreme. Da ne bismo prošle godine došle u Cieszyn i da ne bismo dočekale grupe iz Crne Gore, a sutradan ne bih se s njim rukovala, kad smo se zvanično upoznavali, najbolje stvari u mom životu nikad ne bi se desile. Ali… ajmo iz početka.

Taman pre godinu dana, posle toga kad smo satima raspravljale o festivalu, upale smo sa R. u bus za Cieszyn, da putujemo ka avanturi (i ka studentskoj praksi, šta ću). Petak, početak vikenda, a mi jedemo pizzu i posećujemo grad – zvuči idilički, ali u suštini hvatale smo ostatke naše slobode, jer smo dobro znale da od subote neće biti vremena ni za šta; da će biti posla, stresa i jezičkih problema. I bilo je, to svakako, ali isto tako imale smo od toga puno koristi i lepih trenutaka. A sve se počelo kad u petak uveče crnogorski autobus se parkirao ispred studentskog doma...

A iz autobusa je izlio talas mladih ljudi. Manje više tridesetak osoba, onda neću ni probati da vas lažem da smo se odmah primetili u gužvi i krenuli da se muvamo lepim pogledima i osmesima. Ali bio je tamo. S vremena na vreme pokazivao se tamo i vamo, malo poslovno, malo privatno… A u nedelju pitao nas je šta volimo da pijemo, a posle je došao sa dva paketa piva da se nam zahvali i da nas bolje upozna. I pričali smo, i pričali… I bilo je što finije i simpatičnije. Dosta dugo bih mogla pisati o tome šta smo fino radili za vreme festivala i kako smo upoznale odličnih prijatelja. Kako sam se oduševila ponašanjem dela momaka (svi znamo, čijem ponašanjem pogotovo), kako lepe su mi uspomene vezane za svaki dan… Ali poenta se nalazi negde drugde.

Poenta je u tome što sve je bilo tako fino – tako normalno, jednostavno… Da, iako iz različitih razloga nisam ne odlučila da promenimo nešto u našem odnosu, on i dalje se trudio. Poenta je u tome da svakog dana je bilo bolje i bolje i bili smo sebi bliži i bliži. U tome što sam ga podsvesno tražila pogledom i radila sam sve da budem negde u blizini. Ne znam tačno kad, ali u nekom trenutku nešto neobično se zadesilo među nama – postala je neka magija. U subotu uveče, znači na kraju festivala, grupama smo išli na koncert francuske muzike – svaka grupa je trebala da ide sa vodičem, a ja sam odjednom postala baš odgovorna, željna posla… i tako dalje, naravno. Pa otišli smo. Bila je elegantna sala, poznate pesme… i prilika da posle pođemo na šetnju dok svi ostali su se vraćali autobusom u dom. On je iskoristio priliku da konačno pođemo negde zajedno, samo nas dvoje – a ja sam iskoristila priliku da prestanem da se pravim da NEĆU NIŠTA NIKAD NEMA ŠANSE. I to je to što se tiče moje misterije – za kojom nešto dugo nisam plakala, da se ne lažemo. Otišli smo na piće, pa na šetnju po prelepom Cieszynu. Vratili smo se dosta rano – magija postoji, to svakako, ali prijatelja se ne ostavlja. Ali kad smo saznali da prijateljica R. ima dobro društvo i sve je odlično, vratili smo se na put. I lutali smo po gradu do tri ujutru, pričali smo i smejali smo se. A iznad nas sijale su zvezde.

Kad čovek spava od tri do šest, nema šanse da se naspava – ali ja sam ustala puna energije; ne svakog dana se nađe svoju drugu polovinu. Naravno tad još nisam to znala, ali verovatno nešto sam osećala. I mislim da on takođe, jer trudio se još više – ukoliko je to uopšte moguće. U nedelju otišli smo na zadnji koncert, taj put u Katowice. Pokazale smo našim omiljenim muzičarima deo našeg grada, pa posle oni su otišli na probu, a ja sam završavala svoje poslove. Znači nismo se videli trenutak – a to je bitno za tu priču. Za priču u kojoj opet idemo na šetnju pod zvezdama, a na kraju dobijam ružu koju je doneo iz Katowica. Kako je uspeo da nju kupi i doveze do Cieszyna da ja to ne primetim – pojma nemam. Bog jedan zna kako je ta ruža preživela nekoliko sati u teškim vazduhu u autobusu, a sutra dan u mom rancu na izletu u Kraków... Pogotovo da je ona posle svega ovoga prelepo zacvetala kod mene kući. Imam nju po dan danas.

Ali pre nego što smo se vratile kući, u ponedeljak ujutru uradile smo to što smo obećale – otišle smo sa grupom na izlet u Kraków. Svako je imao tamo vremena za sebe, pa jasno je kako se to završilo – Trg, Wawel i kafa. I šetnja pokraj Wisłe, iznad koje su plesali zvukovi La vie en rose koje i ranije smo slušali zajedno na koncertu i koje su se nekako odlučile da nas prate. Osim toga ceo vreme su nam pravile društvo i druge pesme koje, čini se, konstantno su nam nešto šaputale na uvo. Ali Kraków je isto tako vreme pozdrava – iako sam malo plakala kad su odlazili, dosta mirno sam prihvatila to da moramo da idemo svaki u svom smeru. Možda već sam osetila neku podsvesnu sigurnost da će biti i kontinuacija ove priče? Jer svakako je bila.

Iz Krakowa B. je otputovao 29. avgusta. U prvoj polovini septembra već sam bila u Podgorici – i taj put bila sam sigurna zašto sam tamo i gde je moje mesto u životu. Iako u Cieszynu sve se to počelo, Podgorica je postala početak našeg zajedničkog puta. Puta koji nije lak, ali je nepromenljivo sjajan, jer tamo sam zaključila da sudbina postoji i dala nam je šansu. I to je najlepše, iako ponekad život zna da nam sruši sneška. Hvala Sudbino. Hvala B.

Zapisano u avgustu: Cieszyn, Podgorica i Katowice su tačke na našoj zajedničkoj mapi. Pre nekoliko dana naš put se proširio o malo fino selo pored Šapca gde B. me je zaprosio. Bila je radost i “da“ ponavljano bez kraja. Taj put iznad nas su padale zvezde.

przeczytaj także

0 komentarze