o tym, jak niechcący oderwałam się od rzeczywistości


Nadszedł czas podsumować festiwal folklorystyczny, na który uciekłam w sierpniu. Festiwal, który ma milion płaszczyzn, dwa miliony aspektów, a przy tym wywołuje ze trzy miliony (sprzecznych) emocji. Poznajcie moje jedenastodniowe cieszyńskie życie.

Żeby dać chociaż zarys tego, co siedzi mi teraz w głowie, muszę z całych sił podkreślić, że słowa "życie" użyłam z pełną premedytacją. Pierwszy raz, z zupełnego zaskoczenia, okazało się, że jedenaście dni to wystarczająco dużo czasu, żeby poczuć, że pozostała w domu rzeczywistość to zupełnie inna bajka, poprzednie życie, odrębny byt. Okazuje się, że do tego nie potrzeba specjalnej odległości ani separacji - to się po prostu dzieje. Przez jedenaście dni poznałam mnóstwo świetnych osób, z kilkoma z nich zżyłam się na tyle, że mogę śmiało powiedzieć, że są mi bliżsi niż niektórzy długoletni znajomi. To nie tylko wpływ intensywności festiwalu, konieczności przebywania z tymi samymi osobami 24/7 czy próba odnalezienia się w nowym środowisku. To ci ludzie są fantastyczni. 


Ale od początku. Chcąc najprościej i najbardziej obrazowo scharakteryzować ów festiwal, powinnam powiedzieć, że rozwija - bo nie dość, że zafundował mi przyspieszony kurs na tłumacza i pilota, postawił przede mną nowe wyzwania - na przykład pierwszy raz w życiu byłam kelnerką. Mogę też dodać, że uodparnia na brak snu i daje mnóstwo wiary w siebie - bo kiedy już ze zmęczenia widzisz podwójnie i myślisz, że masz 68 osób w grupie zamiast 34, nie uciekasz z krzykiem, tylko potulnie siadasz na krzesełko, żeby zebrać resztki sił. Otwiera (i jednocześnie zamyka, ale da się z tym walczyć) na inne kultury, sprawia, że od ręki przestajesz bać się żyć, mobilizuje. I chociaż codzienna dawka stresu i brak snu szybko wprowadziły nas w tryb autopilota, muszę nieskromnie powiedzieć, że był to bardzo udany model.

Kiedy w piątek przed dwoma tygodniami jechałam wraz z koleżanką ze studiów do Cieszyna, nastroje nam nie dopisywały. Nie do końca wiedziałyśmy, w co się pakujemy, czy się odnajdziemy, czy damy radę - zarówno jako pomoc dla przyjeżdżających gości, jak i same ze sobą. Obawiałyśmy się o warunki, o grupę, o to, czy podołamy... No, o wszystko. I skłamałabym mówiąc, że było bajecznie i idealnie - ale przetrwałyśmy i teraz płaczemy z tęsknoty, bo dzięki ludziom, którzy nas otaczali, nie tylko dałyśmy radę, ale byłyśmy też po prostu szczęśliwe, że tam jesteśmy.


Od piątku do poniedziałku, czyli przez 11 dni, mieszkałyśmy wraz z gośćmi festiwalowymi w akademiku w Cieszynie. Do naszych obowiązków należało jeżdżenie z nimi na koncerty, spędzanie wolnego czasu (no, dla kogo wolnego, dla tego wolnego) i, przede wszystkim, tłumaczenie wszelkich rozmów, ustaleń i wszelakiej maści prób komunikacji. Bodajże jako jedyne z pilotek mogłyśmy zaoferować opiekę w języku ojczystym naszej grupy, więc skrzętnie to robiłyśmy - to nie tylko ułatwienie dla obcokrajowców, ale dla nas jedyna w swoim rodzaju okazja na rozwijanie umiejętności. Przez te niespełna dwa tygodnie rozgadałam się bardziej niż przez cztery lata studiów, więc było warto.

Jako serbistki całkiem naturalnie dostałyśmy grupę z Czarnogóry - natomiast całkiem nienaturalnie była to największa grupa festiwalowa, mimo że mamy tyle wspólnego z pilotażem, co wąsata wersja Brada Pitta z dobrym wyglądem. Ale tak na dobrą sprawę zanim do nas dotarło, jakie wyzwanie stoi przed nami, grupa już przyjechała, zaczęła się praca, problemy i mnóstwo miłych momentów wynagradzających dosłownie wszystko.


Wyobraź sobie następującą sytuację: proponujecie grupie wycieczkę. Opcji jest mnóstwo, ale nic nie wychodzi, trochę z ich winy, trochę z Waszej. Na ostatnią chwilę zabieracie ich w góry, pełne obaw, czy to wystarczająco, czy nie będą rozczarowani. I dokładnie wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, podchodzi do Was rozpromieniona dziewczyna i dziękuje, że ją tam zabrałyście, bo jest przepięknie i jest zachwycona. Kiedy słyszysz, że Polska jest przepiękna. Kiedy pytasz, jak spędzili czas wolny w Krakowie, a w odpowiedzi dostajesz błyszczące oczy, rozbrajająco szczery uśmiech i słowa "wykorzystaliśmy ten czas maksymalnie". Kiedy grupa rozumie, że Tobie też jest ciężko, kiedy pomaga Ci wypełniać Twoje obowiązki i nie chce nawet słyszeć o tym, że nie musi. Kiedy wiesz, że pobyt w Polsce spełnił czyjeś marzenia. Mogłabym tu przytoczyć mnóstwo historii, tych wesołych i tych denerwujących, piętrzyć problemy i wyliczać dobre momenty. Spokojnie mogłabym zamienić ten wpis w cykl, a nawet średniej objętości powieść.

Ale cała ta otoczka znika i nic już więcej nie musisz mówić, kiedy spojrzysz na nich i wiesz, że jesteś na właściwym miejscu.


Na zakończenie piosenka, która znajdowała się na początku playlisty naszego zespołu, a więc leciała za każdym razem, kiedy wsiadaliśmy do autobusu. W wielkim skrócie mówiąc, pan wokalista oznajmia, że jego kobieta go kocha, jak jest milusi i zapytuje ją, czy kocha go również, jak jest pijany i w ogóle słaby. Dziękuję za uwagę, zostawiam Was z tymi bałkańskimi ognistymi emocjami. Ach.

przeczytaj także

0 komentarze