czy kultura może zrobić krok w tył?


Przeczytałam dziś, że jakoby wracamy się do kultury obrazkowej. To mocno upraszczający i generalizujący komentarz - ale nie sposób chociaż po części się z nim nie zgodzić. No, przynajmniej pozornie.

Pozory i powierzchowność to słowa przewodnie dzisiejszego kształtu kultury. Abstrahując już nawet od tego, jak można by te same słowa wykorzystać w stosunku do człowieka tworzącego dzisiejszą popkulturę, powiedzmy sobie o niej samej co następuje: kiedy się jej przyjrzymy, u samej góry, tam, gdzie zwrócone są wszystkie oczy i uszy, choćby nawet tego nie chciały, widać całkiem sporo bylejakości. A przecież każdy początkujący kupiec wie (wiem nawet JA), że na górę sypie się najładniejsze truskawki. Co to mówi o społeczeństwie i o nas samych?

Nie jest tajemnicą, że produkuje się to, co się szybko i łatwo sprzedaje. To nawet nie jest już oburzające, to w końcu główna zasada, o ile chcemy przeżyć i zarobić. Oczywiście jest ten odsetek ludzi, którzy robią rzeczy wspaniałe, nimi żyją i z nich się utrzymują - ale świat jest tak urządzony, że w większości przypadków takie osoby zostają z niczym, podłamane siedząc w kącie przekonane, że nic wartościowego nie robią. A wszystko dlatego, że nie ma na to popytu tłumów, bo dziś tłum = sukces, o ile nie ma się worka pieniędzy przeznaczonego tylko na realizowanie swojej pasji i szerzenie jej w świecie.

Na dobrą sprawę bardzo trudno bez specjalistycznych badań określić, co powoduje, że jedne rzeczy porywają publikę, a drugie stają się częścią niszy. No, może poza tym, że na pierwszy plan wrzuci się jakąś tanią sensację (seriale, gazety) albo coś absolutnie durnego, co wpada w ucho (muzyka). Przeciętny odbiorca, kiedy abstrahujemy od jego konkretnych upodobań popychających go do zgłębiania tematu lub w stronę niszy, styka się z takim obrazem kultury, jaki kreują media. Dzieje się tak nawet nie dlatego, że lubi płynąć z prądem (choć często i tak bywa), ale dlatego, że jest to ten poziom popkultury, którego nie da się uniknąć w codziennej egzystencji - bo po ulicach nie chodzimy z zamkniętymi oczami, w biurach nie wkładamy stoperów w uszy, a adblocka nie jesteśmy w stanie zmusić do filtrowania wszystkiego. To, co się promuje, jest wszędzie - a świadczy o tym najlepiej jeden z odcinków How I Met Your Mother, który od razu przyszedł mi na myśl w tym kontekście. W tej historii piątka przyjaciół nie może zrealizować swojej corocznej tradycji obejrzenia Super Bowl, dogadują się więc, że całą imprezę nagrają na DVD i następnego dnia wieczorem, po pracy, spotkają się i wszystko obejrzą tak, jakby uczestniczyli w tym w czasie rzeczywistym. Żeby tak się stało, nie mogli poznać wyniku meczu. I choć zrobili wszystko - a w przypadku tego serialu to jest WSZYSTKO z bardzo ekstremalnej półki - popkulturze się nie wymknęli. A spróbuj tu teraz dzień w dzień tak funkcjonować...

Jakiś czas temu pisałam o tym, że popkultura wcale taka zła nie jest i ocenianie ludzi na podstawie zamiłowania do mainstreamu jest, tak po ludzku, słabe. I dalej to podtrzymuję. Ale jednym jest ocenianie człowieka, a drugim - ocenianie przez własny pryzmat tego, co popkultura mi serwuje. Drugą sprawą jest, że popkultura to niezwykle szerokie spektrum zjawisk, zarówno tych mainstreamowych, jak i tych ukrytych trochę głębiej. I właśnie w tym składowisku popkultury kryje się problem: bardzo często - choć nie zawsze - wartościowe rzeczy przysypuje się tym, co tworzy się łatwo i daje dobre pieniądze, ale w rzeczywistości zadowala bardzo wąskie grono odbiorców (lub zasila pokaźną już reprezentację tak zwanych guilty pleasure). W popkulturze można znaleźć wiele dobrego z większości możliwych dziedzin, o ile potrafi się filtrować informacje na podstawie swoich zainteresowań i oczekiwań. Żeby tak się mogło stać, trzeba być albo dojrzałym kulturowo człowiekiem, albo zostać ukierunkowanym na poszukiwania i podążanie za tym, co nas interesuje - i nieważne, czy to jest superniszowy temat czy poszerzanie tematyki z pozoru banalnej, dostępnej dla każdego w ramach promocji popkultury. Zatem pozostawionego samemu sobie dziecka (albo i dorosłego, w kwestii kultury nie decyduje tylko wiek, ale też świadomość) nie sposób winić za to, że sięga po to, po co potrafi i co ma w zasięgu wzroku. Ale czy pokaźna część społeczeństwa idąca tą drogą to dzieci nie nauczone korzystania z dostępnych zasobów?

I tak, i nie. Tę kwestię należałoby chyba zacząć od tego, że bezmyślne korzystanie z tego, co promuje się w mediach, wyznacza kryterium przypadkowości. Jeśli interesuję się czymś, co jest szeroko promowane (i krytykowane przez takich łobuzów, jak ja), ale jest to przedmiotem moich zainteresowań, osobiście uważam, że wyrazy pogardy ludzie mogą sobie włożyć... w kieszeń, oczywiście, że tam. Natomiast jeśli zainteresowanie pojawia się dlatego, że "to jest pod ręką" (nawet jeśli w bezpośrednim ciągu występują filmy: "Porady na zdrady", "Sztuka Kochania" i "Powstanie Warszawskie", które ani tematyką, ani poziomem nie są ze sobą powiązane, ale za to są grane w każdym multipleksie, a i każdy o tym mówi), jest to powód do niepokoju - wcale nie dlatego, że chcę zobaczyć to, co "wszyscy", ale dlatego, że poza nagłaśniane punkty popkultury nie wychylam nawet nosa. Ale znów wracamy do tego, do czego problem popkultury ciągle się sprowadza - jak się komuś tak podoba, niech tak robi. Wszakże popkultura ma sprawiać radość i rozwijać, a nie być pretekstem do podziałów i wartościowania. Dla jasności - dramatyczne jest to, że promuje się produkcje wybierane przypadkowo (czy, innymi słowy, na podstawie tego, kto za nimi stoi), czasami kompletnie bez sensu i wartości, za to przygotowywane według wskaźników, które na chwilę obecną przyniosą tłumy miliony monet, bo trend. Przykre jest to, że drukuje się i promuje książki opierające się na powielanej po wielokroć fabule i jej wszystkich możliwych wariacjach. Pamiętasz modę na wampiry po sukcesie "Zmierzchu"? No masz, każdy pamięta. Ale o pozycji wampira w mitologii słowiańskiej czy - nawet lepiej - w dorobku Stanisława Wyspiańskiego wie mało kto. Kojarzysz, ile wydano słabych replik słabych "Pięćdziesięciu twarzy..." po sukcesie komercjalnym książki, który nakręcono jeszcze sukcesem komercjalnym filmu? Ja też nie, ale zbrakło by wszystkich dostępnych palców na mym ciele. Wreszcie przykre jest to, że dziennikarze muszą uciekać się do sztuczek wokół konstrukcji tytułu i poświęcić więcej czasu na przygotowanie przyciągających wzrok zdjęć niż na redakcję tekstu, żeby zdobyć uwagę czytelnika (clickbaity to już w ogóle przemilczmy). Jest dużo przykrych rzeczy - to, jak anegdoty zostają wyparte przez memy, artykuły przez vlogi, a różnorodność przez powielanie tego, co się komercyjnie sprawdziło. Jednak najbardziej przykre jest to, że w chwili ocknięcia winimy społeczeństwo, że jest tak mało wymagające. Czyżby?

Znakomita część społeczeństwa - ja, ty, nasi znajomi, a nawet ci ludzie, którzy nie do końca mają ugruntowaną potrzebę popkulturalną - lubi to, co pod powierzchnią. Te wszystkie soczyste truskawki, które powinny przyciągać do stoiska, a nie chować się przed zachłannym okiem człowieka. Absolutnie nie oręduję za wciskaniem bubli pod spód, żeby się kupiec nie zorientował - ale chyba mimo wszystko lepiej ukryć te buble niż nimi próbować cokolwiek utargować. Nie chcę zniesienia memów i zdelegalizowania Greya - bo wiem, że i on ma swoich amatorów. Ale z wielką wdzięcznością przyjęłabym promowanie w kluczu jakości, a nie zysku. Tak na wszelki wypadek, żebyśmy rzeczywiście nie wrócili do tej wspomnianej już kultury obrazkowej - choćby dlatego, że w jaskiniach raczej trudno o niezbędny nam już zasięg WiFi. Bo w jaskiniach stanie się on zbędny, jak i 90% tego, co dziś mamy.

przeczytaj także

0 komentarze