slawistyka w dwunastu akapitach


Niedawno boleśnie sobie uświadomiłam, że jedną nogą już wyszłam z uczelni. Dotarło do mnie, że nie będzie już dni na wydziale, mnóstwa wolnego i świętego spokoju. Zupełnie nieoczekiwanie odkryłam, jak bardzo będę tęsknić.

Choć moja relacja z wydziałem filologicznym jest raczej skomplikowana, tak naprawdę mijające właśnie pięć lat w jego budynku bardzo dużo dla mnie znaczyło. I chociaż zdarzały się problemy, i narzekanie, i płacz, i przekleństwa, i rzucanie książką do łaciny (po co komu łacina?!), teraz magicznie przestają one istnieć. Mam je w głowie, nadal uważam, że te wszystkie sytuacje były absolutnie niefajne, ale przestają dotykać mnie osobiście. Funkcjonują w mojej świadomości bez bólu i złości – natomiast na pierwszy plan wysunęły się wszystkie miłe momenty, których teraz jest mi mało. Za mało.

Zapisując się na slawistykę, nie wiedziałam o dwóch podstawowych rzeczach: że filologie obce znajdują się w Sosnowcu (to taki nasz New Jersey ;-)), a serbski zapisuje się cyrylicą. Ale po kolei – żeby te niby-to-problemy miały jakiś kontekst. 

Pomysł studiowania na kierunku nazywanym potocznie przez moich przypadkowych i nieprzypadkowych rozmówców „o jaki dziwny język” zrodził się gdzieś w drugiej połowie mojej edukacji w liceum. Odwiedziona przez mądrych ludzi, do jakich zalicza się między innymi Kamil Durczok, od pomysłu studiowania dziennikarstwa (dziennikarz bez wykształcenia nie ma specjalizacji – niektórzy się sprawdzą i będą sami rozwijać się w kierunku tego, co ich interesuje; pozostali zostaną dziennikarzami bez profesji), poszukiwałam czegoś, czym mogłabym się zająć. Superoryginalne pomysły typu: psychologia, chcę, chcę, chcę! odrzuciłam na starcie – nie, żebym się brzydziła mainstreamem, bo mainstream mam gdzieś, gdy robię to, co lubię. A psychologię lubiłam, ale tylko w zakresie czytania „Charakterów” – biologia i wszystkie niezbędności na tym kierunku boleśnie sprowadziły mnie na ziemię. Tak więc poszukiwałam dalej. I jednego dnia przyszło olśnienie: przecież Chorwacja! Bo do Chorwacji jeździłam z rodzicami i znajomymi od lat, bo była dla mnie czymś więcej niż destynacją podróżniczą. Była ostoją, miejscem fascynującym, wywołującym emocje nawet w środku zimy, gdy akurat natknęłam się na jakieś zdjęcie z tego regionu (nie mówiąc już o czasie, jak przychodziło do oglądania apartamentów na nadchodzący sezon). Była takim celebrowanym elementem roku, który odbyć się musiał. A że interesował mnie język i kultura, a internet szczególnie nie obfituje w polskojęzyczną wiedzę w tym zakresie, postanowiłam: studia. I ta myśl tak mi się spodobała, że się z nią zaprzyjaźniłam i już jej nie wypuszczałam z rąk. Przyszło do matur, składania papierów – i niespodzianka. Najbliższy mi uniwersytet chorwackiego nie otworzył, choć dotychczas robił to co roku, Jagiellonka nie zechciała się ze mną zaprzyjaźnić. Ale na lokalnym uniwerku otworzyli serbski, a „to przecież podobne, idź na to” – więc poszłam. I choć były momenty, że traktowałam wybór serbskiego jak godzenie w moje marzenia, dziś wiem, że była to doskonała decyzja

Nie pamiętam, w jakiej kolejności spływały na mnie okołostudiowe odkrycia, ale chyba zaczęło się od miejsca. Na pewniaka chciałam zawieść papiery na wydział filologiczny, no bo przecież serbski to jest filologia. Tylko, że adres się nie zgadzał. Tylko, że w Katowicach w ogóle nie istnieje ulica, na którą miałam się udać. I wyszło szydło z worka: Sosnowiec. Ale okazało się, że jest super, dojazd śmiga, a znajomi sypią jak z rękawa żarcikami o Sosnowcu (Sosnowiczanie, noł ofens!). Natomiast nikt z rękawa nie sypał cyrylicą, która okazała się w Serbii królować. Ale ćwiczyliśmy ją dzielnie z lektorem, pisząc na tablicy zdania typu „mam kozła w szafie” i to też było super. A zwierząt nie maltretowaliśmy, to tylko taka fantazja osób, które potrafią powiedzieć zaledwie kako si? (jak się masz?) i želite li salatu? (czy życzy pan/pani sobie sałatkę?). W tym kontekście to była ekscytująca odmiana.

Co się działo na studiach? W zasadzie trudno byłoby odpowiedzieć spójnie na to pytanie. Było sporo do nauczenia, ale na szczęście szybko, bo już na drugim semestrze, wdrożyłam się w specyfikę uczenia. W liceum zdecydowanie miałam ważniejsze sprawy, niż uczenie – a teraz wreszcie dostałam szansę robienia tego, co lubię. I rzeczywiście to polubiłam. No, może nie łacinę, i nie kulturę obszaru języcznego (what...?), i nie szwedzki, i nie historię Słowian,... Ale generalnie wiodące przedmioty mi się podobały. Do dziś pamiętam, jak na drugim roku mieliśmy mnóstwo nauki na serbski, więc wstawałam w soboty o 7, parzyłam sobie herbatę, zapalałam świeczkę i siadałam do sprawdzania słówek i uzupełniania braków. I to wcale nie był zmarnowany weekend – wręcz dawał mi pewne poczucie satysfakcji. Było sporo przedmiotów niepotrzebnych, było uczenie się rzeczy, których nigdy w pracy zawodowej nie wykorzystam, ale było też mnóstwo przydatnej wiedzy (dla przykładu: kurs korzystania z narzędzi CAT – czyli programów do tłumaczeń – kosztuje od tysiąca złotych w górę; my przeszliśmy dwukrotnie semestralny kurs w małej grupie w ramach zajęć z technologii informacyjnej. I pomyśleć, że widząc taki przedmiot na planie, bezwiednie prychasz z niesmakiem!). 

Mówiąc o studiach, wprost nie wypada zapomnieć o tym, że ten typ uczenia to już nie tylko siedzenie na wydziale i grzeczne odrabianie zadań. Ale z drugiej strony też nie można go demonizować – to nie są dziesiątki godzin spędzone w trybie zombie w uczelnianej czytelni, z czwartym tego dnia kubkiem kawy w ręce i z błędnym błyskiem w oku. Studia to przede wszystkim sporo możliwości rozwoju, które trzeba dostrzec i znaleźć w nich szansę dla siebie. W moim przypadku to dziesiątki spotkań z Serbami i Chorwatami zajmującymi się przeróżnymi dziedzinami (jednak najczęściej literaturą i językiem), pojedyncze oferty tłumaczeń ustnych, szkoły letnie, wymiany semestralne. I chociaż na wyjeździe uczelnianym nigdy nie byłam, obserwując moje koleżanki (zostawiły mnie samą na wydziale na okrągły rok!) jestem w stanie powiedzieć, że pomaga, rozwija i wtacza do organizmu bałkańskość w szalonych ilościach ;-) Studia to też przymus odrobienia praktyk na każdym etapie kształcenia. I chociaż na licencjacie pisałam artykuły po angielsku, na magisterce postanowiłam zrobić coś dla siebie i znaleźć praktyki z językiem serbskim, choćbym miała je spod ziemi wyciągnąć. No i wyciągnęłam, festiwal folklorystyczny i grupę z Czarnogóry, którą przecież trzeba było pilotować i pomagać w komunikacji. Praca była ciężka, ale i zabawa przednia. Miałam 11 dni na ploteczki z kumpelą ze studiów, poznałam świetnych ludzi i... miłość życia. Jak to mawiali starożytni Rzymianie, nigdy nie wiesz, gdzie cię serbski doprowadzi. Czy jakoś tak.

Studia to godziny spędzone na uczelnianych korytarzach, gadanie o głupotach i słuchanie jeszcze większych głupot od kolegów filologów. To filologiczne spotkania przy piwie, tradycyjny już Slavdan, wyprawy na Bałkany (Chorwacja, Czarnogóra, Serbia... Guča!). Perypetie osobiste omawiane z przyjaciółmi, których poznałam na wydziale. Imprezy, spacery, pożyczanie notatek (i czekoladki, które za to dostałam!). To też plątanie się po Katowicach i Krakowie z grupą i lektorem i ćwiczenie serbskiego: każdy wybrał sobie jedno miejsce w mieście i bawiliśmy się w przewodników. Studia to maraton na sesji, pozytywny trans uczenia i nagradzanie się za zdane egzaminy. Do dziś pamiętam początek lata, jak sesja już była wspomnieniem, a szwedzki nadal wyciągał po mnie swoje łapki. Pojechałam, zdałam i w drodze powrotnej wybrałam się do galerii handlowej, po książki rzecz jasna. I było to miłe, podobnie jak i perspektywa ponad trzymiesięcznych wakacji. Bo wakacje to, naturalnie, też część studiów: to ciągnięcie do końca sesji na mieszance transu uczenia i zmęczenia, i ta euforia po zamknięciu wszystkich formalności (dziwnym trafem zapominasz o zmęczeniu na sekundę po oddaniu indeksu do dziekanatu!). Uczucie wolności, odpoczywanie, spędzanie wakacji na wszystkim i na niczym. I czekanie z końcem wakacji na plan zajęć, i wyścigi do zapisów na przedmioty na USOSie (kto nie przeżył, ten nie zrozumie :D). No i obrona, dzień, w którym odczułam na tym wydziale jedyny prawdziwy stres (a druga za pasem, zobaczymy...).

Studia to pięć lat, które minęły w mgnieniu oka – chyba jeszcze szybciej niż szkoły, i chyba jeszcze więcej mi dały. I tak jak cały czas wspominam barwną i absolutnie kól podstawówkę, tak teraz z ciężkim sercem przychodzi mi rozstanie z uczelnią. Skłamałabym mówiąc, że nie ma to związku z tym symbolicznym, ostatecznym pożegnaniem z okresem edukacji, czyli beztroską, swobodą i w pewnym sensie nie-dorosłością. Jest to naprawdę ciężkie, zwłaszcza w obliczu nadchodzących wakacji, które tak bardzo chciałabym spędzić na stary sposób w nowej rzeczywistości. Z tego okresu będzie brakować mi mnóstwa rzeczy, ale zatęsknię też za uczelnią samą w sobie. Za stylem życia, który się wykrystalizował wokół studiowania, za wszystkimi przeżyciami związanymi z tym czasem, za zajęciami, przesiadywaniem na uczelni i luzem.

Jest parę rzeczy, których nie udało mi się w czasie studiów zrobić. Nie żyłam nigdy typowo studenckim życiem, a i nie widziałam, żeby robili to inni – czy to filologowie robią to źle, czy życie studenckie to wyolbrzymiana anegdota, pewnie nigdy się nie dowiem. Wiem, że nie żyłam w trybie, w jakim należałoby oczekiwać, że żyć będę i sama nie wiem, co czuję w związku z tym. Niedosytu raczej nie mam, to był świetny czas. Tylko za krótki. W czasie studiów nigdy też nie wynajmowałam mieszkania ani pokoju w akademiku, bo dom miałam w odległości jednej błyskawicznej przesiadki w Katowicach. Nie byłam uczestnikiem korowodu, ani nie piłam na Juwenaliach. Ale i tak najbardziej żałuję, że nigdy nie wybrałam się uczyć do egzaminu do parku (skrzywienie jak nic). A to chyba jest znak, że dobrze wykorzystałam ten czas.

O uczelni pewnie jeszcze parę razy zdarzy mi się napisać, bo jeszcze jest faktem, a w głowie faktem będzie jeszcze dłużej niż w rzeczywistości. Bo chcę wszystkich zarazić pasją do slawistyki i miłością do Bałkanów

Bo wciąż jeszcze żyję tym stylem życia i nie chcę go wypuścić z rąk.

przeczytaj także

0 komentarze