słońce, sukienki i inne wspaniałości


To dziś jest ten piękny, podniosły dzień. Dzień Odświętnego Założenia Sandałów po upierdliwej zimie i depresyjnych falach deszczu i chłodu w środku maja. Taki dzień trzeba czcić i uczcić.

Godzina 6:50. Chociaż o każdej porze roku jest dalece nieprzyzwoita, i to nieprzyzwoitością oburzającą, dziś jest to szósta pięćdziesiąt nad wyraz miła: świeci słońce, jest już relatywnie ciepło, można założyć SANDAŁY. Po niezdecydowanej, ale mroźnej zimie, po depresyjnych kaprysach maja, w czasie których kilka dobrych razy zwątpiłam w istnienie lata, wreszcie to się stało. I choć to sandały mają swoje święto, a i ich prezencja zasługuje na solidny akapit ochów i achów, pozwolę sobie jednak stwierdzić, że coś innego było kwintesencją tego dnia.

Kiedy tak sobie szłam (i nawet nie płakałam, że uczelnia), i kiedy tak sobie wracałam, a przede wszystkim kiedy ze spokojną już głową przechadzałam się po południu po mieście, było tak po prostu miło. Najlepsze towarzystwo, słońce oblewające wszystko, czego zdoła dosięgnąć, gwar ludzi, którzy nagle wystawili nosy spod kołderek i kocyków. Szum rzeki, beztroska wisząca w powietrzu i ta wyjątkowa kombinacja kamienic, gałęzi drzew i słońca próbującego się przez nie przedrzeć - ta, co ją można spotkać tylko latem. Spacer, lekkość w nogach i na duszy, popołudnie tylko dla nas. I nic więcej nie było istotne.

No, chyba że bilety, które sobie sprezentowaliśmy w kinie u znudzonego pana. I snucie planów, i łuskanie wolnych chwil, bo jak jest słońce, zawsze się chce. Zaglądanie do ogródków piwnych, chill out, zwiewna sukienka do ziemi. Oficjalnie wkraczamy w ten najpiękniejszy czas w roku.


Specjalnie z okazji lata, usprawiedliwiając się tym, że słońce i sandałowe szaleństwo, piosenka do bólu rozrywkowa, popowa i prosto z Bałkanów. Mówcie co chcecie, rzucajcie pomidorami, ale w ucho to to wpada (i przypomina Cieszyn!).

przeczytaj także

0 komentarze