wiosna i inne zaskoczenia


Wszyscy tak się przyczepili do tego przedwiośnia - że dobija, męczy, jęczy i wciska w nas witaminę D, która i tak nie działa. Nie powiem, i ja właśnie zaliczyłam przedłużone pertraktacje z moim pozbawionym uczuć budzikiem, i ja się snuję, i ja marudzę. Ale na przekór wszystkiemu mam wrażenie, że znoszę to całe zamieszanie dużo lepiej, niż w poprzednim roku.

Być może to kwestia okoliczności i towarzystwa, w którym dopada mnie rytualne rozmemłanie. Być może to kwestia niespodzianki, jaką zrobiła nam wiosna - no bo przecież zanim się zorientowałam, że mogę swoje irytujące nas wszystkich (a mnie najbardziej, co jeszcze dodatkowo pogarsza sprawę) zachowanie usprawiedliwić przesileniem wiosennym, wiosna od razu wyskoczyła zza winkla i na dobre się rozpanoszyła.

No, prawie od razu. Wiadomo, że najpierw były te podchody i zaloty, zapach powietrza, pierwszy deszcz (dacie wiarę, że ucieszyłam się na widok deszczu?). Ale jak na następny dzień Snupi nonszalancko wytarzał się w czymś, co kiedyś było trawą, a zaraz później zanurzył pazury (i połowę siebie) pod ziemią, od której i tak nosa nie odrywa, tajemniczość prysła. Zresztą i wiosna się wygadała, na tyle szybko, że w popłochu biegłam kupić okulary przeciwsłoneczne. Ale to wszystko nieważne, te okulary, to przybicie, to rozdrażnienie. Właśnie za oknem świeci słońce, a ja mogę w każdej chwili wyjść, zakładając adidasy i lekką kurtkę. Lekką! Kurtkę!

Zupełnie bez przesady myślę, że to jest taka mała, symboliczna, psychiczna ulga - kiedy ciepły płaszcz i jeszcze cieplejszy szal nie garbią twojej i tak już zgiętej od szarych myśli szyi. Kiedy wychodzisz wieczorem na dwór i wieje zupełnie innym rodzajem chłodu. Kiedy wystawiasz głowę do góry, rozeprzesz się na barierkach przystanku jak jeden ze zdobywców szacunu na swojej dzielni i wszystko jest takie lekkie i przystępne. Takie... wiosenne. I takie, jakim powinno być.

Być może jest to wyświechtany frazes, ale całkiem serio wreszcie można odetchnąć pełną piersią. No, niech się jeszcze zazieleni i to będzie to. Taka pogoda jest mi potrzebna nie tylko do szczęścia, ale też do podtrzymywania życia towarzyskiego. Bo, wierzcie lub nie, mam jedną kumpelę od ładnej pogody. Wiadomo, że widzimy się cały rok, ale siedząc w moim czy jej domu, jakoś nie komponujemy się z krajobrazem. Naszym środowiskiem naturalnym jest każde miejsce, w które da się spacerować - a od czasu do czasu, ewentualnie, jej ogródek, z grillem i piwem w tle. I to jest bardzo kól.

W tej chwili humor mogą mi zepsuć tylko dwie rzeczy: myśl, że jeszcze może coś się tej wiośnie sprzeciwić oraz - ta bardziej dramatyczna obawa, w dodatku pewna jak to, że dziś nie zmarznę (<3) - że jutro jest poniedziałek. W zasadzie poniedziałki same w sobie są okej, zwłaszcza, że w poprzednim semestrze były jeszcze idyllicznym przedłużeniem weekendu. Ale teraz nie są, i choć bolą dla zasady, jeden z nich przyniósł mi tytułowe zaskoczenie. Zaskoczenie niemałe i zaskoczenie nieoczekiwane nawet w najbardziej abstrakcyjnych scenariuszach, które mnie przecież zdarza się snuć. Otóż, po półtora roku czegoś, co oscylowało między mocno zmodyfikowaną koncepcją studiów a półwakacjami, znów poczułam się na uczelni jak na uczelni. Jak na licencjacie, gdzie mnóstwo rzeczy było bez sensu, ale miało swój urok. Z jakiegoś nieuchwytnego dla mnie powodu, napawa mnie to optymizmem.

W przerwach od uczelni i załatwiania spraw najprzeróżniejszych, jak akurat nie zasypiam nad filmem, czytam, odpoczywam i szukam, co jeszcze fajnego można zrobić i gdzie pójść. Chyba dopada mnie ta swoista gorączka ładnej pogody: wiosenna kurtka, wiosenne temperatury i wiosenna głowa. I mimo tych wszystkich prób przesilenia wiosennego, które są skądinąd bardzo nie fair, w gruncie rzeczy czuję się całkiem dobrze. A co dzieje się w Twojej wiosennej głowie?


przeczytaj także

0 komentarze