określ, co lubisz, a dowiesz się, dokąd zmierzasz


Okazuje się, że rzeczy, które lubimy, nie są przypadkowe. Nie tylko definiują to, kim jesteśmy, ale popychają nas do celu, do którego - świadomie lub nie (tak, raczej to drugie) - dążymy w życiu. Jak tylko przeczytałam pewne zdanie, od razu uświadomiłam sobie, jak bardzo jest prawdziwe. I dziś będzie o tym zdaniu i wszystkim, co się z nim wiąże.

Złoty cytat wyciągnęła spod ziemi Riennahera, a jakby inaczej, przecież Riennahera potrafi w fajne rzeczy. Ja potrafię za to w painta, więc będzie dziś kolorowy wpis. Patrz w dół i w lewo, motywacyjny poster jak malowany. I to wcale nie jest helvetica.

Ale do rzeczy. Bo rzeczy, które cię pociągają, nie są przypadkowe - są powiązane z twoim przeznaczeniem. Podążaj za nimi - głosi ów cytat. Moment, w którym dotarło do mnie, co przeczytałam, był prawie jak oświecenie - przecież to się właśnie dzieje w moim życiu! Jako chodzące potwierdzenie, i to świeżo uświadomione potwierdzenie, opowiem ładną historyjkę. Mogę?

Każdy nieszczęśnik, który bywa na moim instagramie, facebooku, albo najgorzej - widuje mnie na żywo!, wie, że lubię całe mnóstwo rzeczy. Herbatę, ładne widoki, bycie krokietem, oglądanie HIMYM po raz enty... I tak dalej, i tak dalej. Ale w życiu przydarzyła mi się jedna olbrzymia fascynacja, której skutki się piętrzą i nie sposób ich opanować. Co najlepsze, nic nie szkodzi, że tak jest. Zatem po kolei.

Jak napomknęłam kiedyś w Odzie do Chorwacji, bo o Chorwacji i Bałkanach będzie mowa, tę pasję zawdzięczam rodzicom. Nie mogę powiedzieć, że udzieliła mi się od nich, bo kiedy pierwszy raz wyjechaliśmy tam w 2005 roku, oni też nie mieli pojęcia co i jak. Po barwnych opowieściach cioci i znajomych zdecydowali się jednak na pierwszy indywidualny wyjazd za granicę, namówili swoich równie nieświadomych znajomych i tak w siódemkę ruszyliśmy w nieznane. Na pierwszy raz wybrali bardzo ambitną trasę, bo zawędrowaliśmy aż do Sutivanu, co w praktyce oznacza 1500 kilometrów do Splitu, podróż promem i dojazd z promu do rzeczonej mieścinki. Mieścinki, w której były domy, plaża, piekarnia, ze dwa sklepy i szkoła. I kiosk, to na pewno, bo gdzie bym kupiła te piękne pocztówki i chorwackiego W.I.T.C.H.a. Bo przecież W.I.T.C.H.a zbierałam w Polsce, to i obcojęzycznego mieć musiałam, wiadomo. Tak czy inaczej miasteczko było małe, cisza, spokój i... tyle. Ale mimo to zakochałam się. W tym spokoju, w tym klimacie, w tym, że przywiozłam do domu świetne wspomnienia. 

Jako nastolatki, ja i moja koleżanka, z którą byłam wtedy na wakacjach, specjalizowałyśmy się w różnych, bardziej lub mniej ciekawych, historyjkach i obyczajach. Nie wiem, skąd to wzięłyśmy, ale ewidentnie mówi się, że jak się wrzuci do wody przez ramię monetę, wróci się w to miejsce. Abstrahując od tego, jak bardzo nie wierzę w przesądy, było to najlepiej wykorzystane kilkanaście lip. Co prawda w Sutivanie (jeszcze) nie byłam po raz drugi, ale Chorwację odwiedziłam już ośmiokrotnie. Plus w tym roku przejazdem, ale jadłam burka i mówiłam po chorwacku (no dobra, serbsku), więc liczy się.

Chorwacja po raz pierwszy. Pejzaż sentymentalny, jeszcze niecyfrowy.
Rok później pojechaliśmy tym samym składem do Bułgarii, "żeby coś odmienić", ale odmiana coś nie pykła, bo lato 2007 upłynęło nam pod znakiem Istrii. Z racji, że to północ Chorwacji, kilka rzeczy było innych, ale generalnie to nadal była NASZA Chorwacja. Chorwacja, która potwierdziła swoją pozycję w moim sercu i jeszcze bardziej wciągnęła mnie swoimi mackami w Bałkany. Później poszło już łatwo - Chorwacja rok po roku, nigdy to samo miejsce, za każdym razem piękniej i piękniej. Aż w liceum podjęłam decyzję, że chciałabym się uczyć chorwackiego. Najpierw sama dla siebie, kupiłam nawet książkę, z której dosłownie zakuwałam te wszystkie podstawowe podstawy, które są absolutnie konieczne. Żeby dodać historii dreszczyku, muszę podkreślić, że w liceum niespecjalnie chciało mi się uczyć czegokolwiek. Ale to przecież nie było cokolwiek! I w ten sposób w czasie kolejnych wakacji udało mi się łamanym językiem odpowiedzieć panu, że najbliższa poczta jest w centrum miasta - tej dumy nie sposób zapomnieć.

I chociaż kolejne dwa lata minęły mi pod znakiem Hiszpanii (ładna, ale bez klimatu, na co mi to było...?), wróciłam do Chorwacji. Zanim jednak to się stało, rozpoczęłam studia. Miał być wymarzony chorwacki, skończyło się jednak na serbskim. Dacie wiarę, że serbski otwiera się rzadko, chorwacki natomiast co roku - i akurat ten jeden jedyny rok, kiedy ja zaczynałam, chorwackiego NIE BYŁO? Nie powiem, nie byłam zbyt szczęśliwa, ale jako że serbski jest podobny, zdecydowałam się go zacząć. Przez cztery lata, chociaż podobało mi się na studiach, miewałam momenty, że traktowałam ten fakt jako zamach na moje marzenia i plany na przyszłość. W tym roku okazało się, że zadziałało coś takiego, jak przeznaczenie.

Niemniej jednak, nie wyprzedzając faktów, bakcyl, którego załapałam lata temu, stopniowo się pogłębiał, bo przecież poznawałam język, kulturę, obyczaje... Okej, będąc w Chorwacji po pierwszym roku, rozumiałam trzy pierwsze słowa właścicielki. Jak usłyszała, że trochę rozumiem chorwacki, słowa zaczęły wypadać z jej ust z prędkością światła. Poproszona o przejście na angielski, zaczęła mówić po niemiecku. Nauka języka to jednak droga przez ciernie.

Ale drugi rok to już zupełnie inna historia. Zaczęła się nauka na serio, zaczęły się imprezy, pokazy filmów... No i przede wszystkim coraz więcej umiałam i coraz swobodniej się komunikowałam. Do dziś mam w znajomych na fejsbuku dwie Chorwatki, które poznałam na penpalsie i z którymi rozmawiałam po angielsku, a z czasem pochwaliłam się, że i w chorwacki trochę potrafię. Do dziś z niekontrolowanym śmiechem przeglądam filmiki z dnia slawistycznego, który organizujemy co roku na wydziale. Do dziś miło wspominam te wszystkie bzdury, które się rozgrywały na korytarzach uczelni. Ale do niedawna nie byłam świadoma, że to może pójść dalej; że mogę zrobić jeszcze krok do przodu, jeszcze bardziej w to "wpaść", że czeka tam coś więcej niż tylko dobra zabawa i uczenie się o tym, co mnie fascynuje.

Dzień slawistyczny 2015. Na pierwszym planie džezva (na Bałkanach kawę się GOTUJE <3), w tle dumnie wisi serbska flaga. Poza kadrem dużo JEDZENIA, słyszałam, że w tym roku przyjeżdżacie.
W tym roku, zmuszona do znalezienia sobie praktyk studenckich, postanowiłam pojechać na festiwal folklorystyczny jako pilot grupy z Czarnogóry. Bo przecież poćwiczę język, zdobędę doświadczenie, wpiszę to sobie do CV i tak dalej, i tak dalej... No i poćwiczyłam, choć mało brakło, żebym nie pojechała tam wcale. Ale kiedy już się przemogłam i ruszyłam do Cieszyna, niesamowicie otwarłam się na ludzi, nabrałam chęci na kolejne takie doświadczenia, do aktywnego działania, do pracy takiej, jaką sobie wymarzyłam... Ale jest jeszcze coś. Poznałam tam swojego Faceta. Serba. Serba, który mieszka w Czarnogórze i właśnie pokonał 1500 kilometrów, żeby pograć sobie w jakiejś polskiej mieścinie. Ja, która pojechałam do tej mieściny nie mając pojęcia, po co się właściwie w to pakuję. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Oczywiście nie wszystko było takie łatwe i proste, nie wszystko działo się od razu. Zanim cokolwiek się rozpoczęło, musiałam przemyśleć i popchnąć dalej sprawy, które definiowały moją rzeczywistość tutaj, w Polsce. Nie było to ani łatwe, ani miłe. Ale jak pisałam nie tak dawno temu, wtedy właśnie niechcący oderwałam się od swojej rzeczywistości i już nie sposób było do niej wrócić. I chociaż to jest historia na zupełnie inną okazję, czuję, że te wszystkie drobne rzeczy prowadziły mnie właśnie do tego celu. A tak naprawdę to dopiero początek drogi.


A jak Twoje pasje wpływają na Twoje życie?

przeczytaj także

0 komentarze