[pocztówka z podróży] na południe od granicy, na zachód od słońca


Wyobraź sobie, że z dnia na dzień podejmujesz decyzję. Bukujesz bilety, robisz przelewy, a później, jakby to była prozaiczna czynność rzędu parzenia herbaty, zaczynasz pakować torbę. Ze stoickim spokojem wychodzisz z domu i wyłączasz myśli na trzydzieści sześć godzin, bo przez tyle właśnie jesteś zawieszona między startem a celem. Co natomiast czeka u celu podróży?

W tym roku wszystkie drobne i wielkie sprawy posplatały się w tak przedziwny sposób, że na wakacje wyruszyłam do Czarnogóry. Były to wakacje nieplanowane, nieoczekiwane, ale wspaniałe. I choć można by mówić o nich mnóstwo w przeróżnych kontekstach, dziś będzie stricte turystycznie - tak więc Wędrowniczki małe i duże, macie dziś swoje święto. A ja razem z Wami.

Pomijając całe tło szaleńczo-wariackie, w którym przyszło mi działać organizując ten wyjazd, powiem, że niesie on ze sobą dużo przeróżnych wariantów - ja dziś podpowiadam jeden z możliwych. Podróżowałam autobusami, w dodatku nie najlepszą z tras - piękną, to z pewnością, ale długą i drogą. Biorąc jednak pod uwagę, że bilety bukowałam dzień przed wyjazdem, nie na miejscu chyba jest narzekanie.


Kiedy w piątek wpakowałam sobie torbę na plecy i wyszłam z domu, działałam w zaskakująco spokojnym trybie. Żadnych wątpliwości, stresu, obaw. Tak jakby te 1500 kilometrów przede mną było czymś oczywistym. Z równym spokojem sama wsiadłam do pierwszego autobusu, do drugiego, przeczekałam ostatnią przesiadkę, przeżyłam pobyt i wróciłam. Chociaż to była moja pierwsza samotna podróż, w dodatku pierwsza tak bardzo południowa podróż, nie nadszedł moment strachu ani zawahania. Albo inaczej - nadszedł, ale w kwestiach osobistych. Ta konkretna podróż jakby tylko na mnie czekała.

Pierwszy etap podróży, Katowice-Split, to jakieś 18 godzin w autobusie. Co zaskakujące, w 3/4 przespany. W Splicie miałam zaplanowaną przesiadkę do Budvy, oczywiście odpowiednio odsuniętą w czasie. Jak zatem zagospodarować czas w Splicie? Jest kilka McDonaldsów (małe cappuccino 7 kun, cheeseburger - 6), gdzie można podładować telefon, są przechowalnie bagażu (5 kun za pierwszą godzinę + 1,5 kuny za każdą kolejną), no i przede wszystkim jest co zwiedzać. Polaków też jest dużo. Szczęśliwie ja zaplanowałam czas ze znajomymi - Teą, która mieszka w Splicie, a którą poznałam dzięki Erasmusowi, którego postanowiła spędzić na naszej uczelni, i z Sebastianem, kumplem z podstawówki (!), który akurat był z ekipą na wybrzeżu. To przecież całkiem naturalne, że mieszkając od siebie kwadrans drogi spacerkiem, spotykacie się z kumplem na Riwie w Chorwacji. Wiwat logika.


Kolejny etap podróży to Split-Budva, czyli pierwsza przesiadka. Od razu zaznaczam, że to pomysł zły na wskroś - tak, jak bilet Polska-Chorwacja w dwie strony kosztuje 440 złotych, tak Chorwacja-Czarnogóra to koszt bardzo zbliżony, a odległość nijak niewspółmierna. Ale za te boskie widoki się płaci, ja to w pełni rozumiem. Tak więc płacimy koło 300 złotych za wędrówkę po wybrzeżu (i łan juro za włożenie bagażu do luki, tak) - i to dosłownie, większą część trasy pokonujemy wzdłuż brzegu. A jak oczarowujący potrafi być Adriatyk, wie każdy, kto choć raz go widział. Chociaż na zdjęciu. Co jest w pakiecie, poza morzem? Południowe wybrzeże chorwackie (słynna Makarska i Baška Voda to właśnie tam!), wybrzeże bośniackie (zaledwie 18 kilometrów, ale wspaniałości), ponownie wybrzeże chorwackie (tak, bośniacy zrobili im hop! w środek kraju), tym razem z Dubrownikiem w roli głównej, i wreszcie Czarnogóra. Cel osiągnięty! ...no, prawie. Jeszcze tylko oczekiwanie w Budvie na jednego z muzyków, których poznałam na festiwalu w Cieszynie, a do których przyjechałam z wizytą, i właściwy cel - Podgorica - wreszcie stał się rzeczywistością.

Koszt mieszkania w Podgoricy to suma zupełnie akceptowalna - zwłaszcza, jeśli nawykłeś do chorwackich nieśmiesznych żartów cenowych. Piętnaście euro za dzień za mieszkanie przeznaczone dla dwóch osób: z piękną sypialnią, kuchnią, jadalnią i łazienką, z klimatyzacją i wifi, ale za to bez balkonu to cena więcej niż dobra. Lokalizacja też nie pozostawiała nic do życzenia - w okolicy market, a centrum to zaledwie kwadrans spacerkiem. Do tego mało popularna komunikacja miejska i superpopularne taksówki (nie płacisz za start!), które można zamówić nawet przez Vibera. I jak czekasz 8 minut to to już jest skandal i bezczelna powolność. Raj.


Ceny w sklepach są ciut wyższe niż u nas. W knajpach - bardzo zbliżone. Porcje w restauracjach nie do przejedzenia, a pyszne do tego stopnia, że i tak jesz na zapas. Jednego dnia zostałam zaproszona na kolację, żebym spróbowała tradycyjnej kuchni czarnogórskiej. Przepyszna zupa-krem na mięsie, popeci - drobiowe rolady z domowym białym serem i szynką w środku, sałatka szopska i, oczywiście, domowy chleb do tego, bo inaczej to jeść nie wolno. Wszystko w ilościach odurzających, a jakże. Za dwie osoby ucztujące do granic rozsądku i biorące te niewyrażone wspaniałości na wynos zapłaciliśmy około 14 euro, więc nie tylko żołądek się tu raduje, bo naprawdę płaci się za ilość i za jakość. Poza tym w centrum Podgoricy TRZEBA zjeść naleśnika z wielkiego żeliwnego palnika (1,5 euro), wypić špricera i kawę. I codziennie na nowo dziwić się, że dostajesz do niej nieograniczone ilości wody zupełnie za darmo, bo tam wolno popijać z kranu. A zimna zawartość kranu aż tak kosztowna nie jest.

Skoro już przy knajpach jesteśmy - jak wszyscy wiemy, na Bałkanach ima vremena. Ale to tak serio-serio jest czas, i to na wszystko. Siedzisz sobie w jakimś malowniczym miejscu, popijasz absolutnie fenomenalną kawę, cieszysz się jak dzika, że mówisz w obcym języku i jeszcze nikt od Ciebie nie uciekł, i do tego masz... spokój. Żaden kelner nie podtyka Ci rachunku, nie daje do zrozumienia, że pora na nowe zamówienie, względnie na powrót do domu. Tam możesz się cieszyć wypadem do knajpy, tak całkiem na serio. Żadnych stresów. Żadnych krzywych spojrzeń. Wypoczywamy.


Ale mimo tych wszystkich wspaniałości, krajobrazy jak zwykle wygrywają plebiscyt. Potwierdzam, że i czarnogórska część Bałkanów jest przepiękna. Nadal ta sama historia - niezmącone niczym szafirowe morze, góry dosłownie moczące w nim stópki, błękit nieba, nieprawdopodobnie uzdolnione słońce (no tylko tam opalam się na brzoskwinię, no!). Stare wąskie uliczki, imponujące mury i te latarnie w bluszczu, na punkcie których mam absolutnego hopla. Ruiny twierdz, stare cerkwie i punkty widokowe, które zapierają dech w piersiach. I chociaż w czasie tego tygodnia zdążyłam zobaczyć tylko Podgoricę, Budvę, Kotor i Bar, jestem przeszczęśliwa - a i są to najpopularniejsze miejsca, które oczywiście i Wy MUSICIE odwiedzić. Powiedziałam im, że wpadniecie, więc no wywiążcie się.

Co mogę zrobić, żeby Was zachęcić? Dwie rzeczy. Po pierwsze - Czarnogóra to taka Chorwacja sprzed paru lat: mniej turystów, taniej, większy kult lokalizmu, aniżeli globalizmu. Po drugie - piosenka. Jest szansa, że już ją słyszeliście, ale dalej jest absolutnie wspaniała.

To kto za rok jedzie ze mną?


przeczytaj także

0 komentarze