przeszło dekadę temu, w nie tak odległej krainie


Kiedyś było lepiej. Przede wszystkim inaczej, ale lepiej w pewnym sensie też. Czas nie galopował. Ludzie nie przepadali na długie godziny w internetach. Nawet Klan był jakiś taki bliższy życiu. No i Monika była niezłym badassem, zupełnie jak Janusz Tracz.

Nie jestem jakimś przeszłościofilem (pastfilem?), nie będę robiła rabanu o to, że dziś ładuje się nawet książki i papierosy (choć akurat te drugie to jest jakaś jedna wielka pomyłka, zwłaszcza jeśli idzie o regulacje prawne i gęste dymki w i tak już dusznych autobusach). Nie wyrzucę Ci tableta przez okno, bo czitujesz przy grze w scrabble. Ostatecznie nawet polubiłam funkcjonalność smartfonów, nie jestem żadnym beznadziejnym przypadkiem. Natomiast jestem bardzo za małym kroczkiem w tył. Mamy XXI wiek, drukujemy drukarkami NARZĄDY. Przy tym bycie bardziej... zwykłym to chyba pikuś, co nie?

Mogłabym powiedzieć, że fajnie byłoby znowu być dzieckiem. Ale teraz być dzieckiem? Przereklamowane. Cenię sobie, że wstrzeliłam się idealnie w czasy rozwoju technologii, że jako dorosły człowiek - a wcześniej jako nastolatka - mogłam i mogę korzystać z internetu. Ale jeszcze bardziej cenię sobie, że za bajtla tego nie mogłam.

Nie tęsknię do tego, żeby mieć znowu 11 lat, ani do tego, żeby być pod wszechmocną opieką dorosłych (choć czasami, jak słucham mojej Mamy, stwierdzam, że chyba jednak jestem :D). Ani do niektórych przedmiotów z podstawówki, brrrr. Ale tęsknię za czasami, kiedy popołudnia były długie, produktywne i na wszystko był czas. I jeszcze zazwyczaj zdążyłam się ponudzić na zapas. Jakimś cudem czas był z gumy, jakimś cudem, kończąc lekcje o 15, byłam w stanie odrobić zadania, poczytać, przejrzeć nowe numery gazet, które kupowałam, popatrzeć na telewizję, zjeść dwa posiłki, napisać coś w pamiętniku, jeśli akurat byłam w fazie pamiętnikowania, spotkać się z przyjaciółką, pozwolić sobie na arcypoważne strumienie świadomości z cyklu jaki on jest przystojny/ale nie lubię tej krowy/muszę zrobić zadanie na przyrę/może zaproszę Anię na weekend/ciekawe czy on zwróci na mnie uwagę/chciałabym się podobać chłopakom/kiedy nowy W.I.T.C.H./tęsknię za przyjaciółką/niedługo ferie/niby fajnie, ale długo go nie zobaczę/ale czad, jakby zagadał. Teraz natomiast, jak tylko otworzę książkę, magicznie robi się 21 - albo usypiam na sam widok małej czcionki. Albo z czasem dzieje się coś niepokojącego, albo ja się starzeję. Proszę, powiedzcie, że to pierwsze.

To żadna zgorzkniałość ani nic z tych rzeczy. Ale tak teraz myślę o tym, jakie to było fajne rozpoznawać twarze na okładkach młodzieżowych gazetek o gwiazdach. Pewnie, że można przycwaniaczkować i powiedzieć, że wtedy w tym siedziałam, a teraz jestem za stara na Dżastina B. i One Direction i na tatuowanie się żelowym długopisem. No pewnie, że jestem, Bogu niech będą dzięki. Sęk w tym, że wtedy nie było jak być obeznanym - były właśnie te gazetki, no i telewizje muzyczne. Niespodzianka, wtedy grali tam muzykę. Pff, bezbarwna przewidywalność.

Ale kanały zdobywania tej wiedzy były dość ograniczone i twarze z okładek niezmiennie wiązały się z radiowymi lub kinowymi hitami. Nawet początki kariery Rihanny to były jeszcze dobre czasy, dziewczyna miała styl. Swoją drogą już sobie wyobrażam, jak za parę lat gimby będą sobie wciepywać. Żadnych starych klaszczących u Rubika ani mających dług u Mieszka I. Ani karmiących dinozaury. Nie. Pora na Twoja stara jest tak stara, że pamięta, jak Rihanna zaczynała karierę. I to będzie o mnie. O nas. Jak się z tym czujecie?

Jedno jednak zostało z tamtych czasów, przynajmniej u mnie. Zbyt swobodne strumienie świadomości. Przepraszam, już się otrząsam z krainy dygresji i podstawówkowych przyjemności i daję Wam spokój. Ale powiedzcie mi jeszcze - też za tym tęsknicie?


Tak, z podstawówką kojarzą mi się właśnie takie piosenki, choć to nie te czasy, choć tekst nijak nie przystaje do dziecięcej rzeczywistości. RMF i Zetka właśnie to grały weekendowymi wieczorami. I chwała im za to.

przeczytaj także

0 komentarze