abc zbierania pamiątek: jak skutecznie zastawiać na siebie pułapki


Pisałam niedawno o pamiętnikach, popchnięta znalezieniem jednego z delikwentów podczas porządków. I myślałam, że to taki jednorazowy wyskok. Ale nie. Jak już zaczniesz sprzątać, niebezpieczeństwa czyhają wszędzie. WSZĘDZIE.

Nie jestem zawodowcem, jeśli chodzi o wielkie porządki. Nie takie weekendowe, tylko takie z nurkowaniem w szafie z butlą tlenową. No więc takie porządki robię raczej sporadycznie, bez plansz pełnych (nie)zawodnych strategii, w przypływie pedantycznego amoku raz-dwa razy do roku. I mimo że przynajmniej ten raz na 365 dni poświęcam na segregowanie starych rzeczy (albo raczej sprzątanie tego, co nabałaganię w trakcie dojrzewania do decyzji o zrobieniu porządków), jakimś niewyjaśnionym dla mnie sposobem zawsze uchowa się coś z przeszłości: list, pamiętnik, notatki. Dziwne, że zawsze są to takie rzeczy, a piątaka w szufladzie znalazłam tylko raz.

A dziś to nawet nie robiłam porządków. Po prostu szukałam przepisu w zeszycie. I tyle złośliwym artefaktom potrzeba, żeby być już w natarciu. Ale wiecie co? Już mnie te artefakty nie wzruszają.

Nie twierdzę, że nie wywołują emocji - trudno się nie śmiać z gimnazjalnych rozterek, których punktem głównym jest arcypoważny problem z cyklu "ciekawe czy mu się podobam"/"popatrzył dziś na mnie!!!". I nawet trudno jest sobie odpuścić swego rodzaju szacun, jak czytasz coś, co może i jest ckliwe, ale przy okazji całkiem przemyślane. Dojrzalsze niż to, na co stać cię teraz. Przedziwna sytuacja.

I takie rzeczy zostawiamy. Takie rozterki są z perspektywy czasu cudowne, problemy błahe, a światopogląd tak czysty i niezmącony, że aż masz ochotę cofnąć się w czasie i z politowaniem się pogłaskać po główce. A czasami po prostu sobie tego zazdrościsz. I to jest okej.

Ale odwieczny problem dumnie wypina pierś, kiedy dochodzi do sytuacji, w której to decydujesz się wejść w związek. Chyba nikt, niezależnie od tego, czy chodzi o marzyciela, realistę czy pesymistę, nikt! nie myśli o tym, co będzie z tym wszystkim, jeśli związek się rozsypie. Ze zdjęciami, zapisanymi wspomnieniami, wyznaniami, które czas zrewidował jako krótkodystansowe. Kiedy pisałam o pamiętniku, tak naprawdę mierzyłam się z takim dylematem.

I chociaż jedno dobre rozwiązanie chyba tu nie istnieje, kluczowe wydaje mi się to, co ostatnio osiągnęłam. Powtórzę: już mnie te artefakty nie wzruszają. Wywołują jakieś emocje, ale nie wzruszają. Kiedy odnaleziony stary list spowoduje, że uśmiechnę się do wspomnień i ucieszę się, że je mam, ale nie zachwieje mojej wiary w to, że zakończony związek rzeczywiście jest zakończony i jest domeną przeszłości. Kiedy natknąwszy się na wspólne zdjęcie zostawię je sobie na pamiątkę, na dowód fajnie spędzonych chwil, ale nie będę wylewać nad nim łez w towarzystwie butelki wina. Względnie dwóch. Ale też kiedy nie trzymam na siłę wszystkich wyznań, "bo to pamiątka", jeśli teraźniejszość pokazała, że były nic nie warte. I nie mówię tu o zapewnieniach o dozgonnej miłości, każdy ma prawo do tego, żeby zrewidować swoje uczucia. Mówię o obietnicach, których dokładne przeciwieństwo obserwujesz na kilka dni po rozstaniu. Tak między nami, targanie takich bzdur naprawdę pomaga. Nie bójcie się ogarniającej Was małej furii, to takie DIY: katharsis. 

I wreszcie: kiedy chcesz pamiętać, ale dobre wspomnienia nie wywołują wątpliwości, a złych nie trzymasz się kurczowo, bo MUSISZ pamiętać wszystko. Jak to mawia mój Tata, nic na siłę. Wszystko młotkiem.

I wiecie co? Właśnie to wszystko osiągnęłam. 

przeczytaj także

0 komentarze