w świecie mgieł i deszczy


Za oknem pada deszcz, a na kałużach robią się wielkie bańki obiecujące, że szybko padać nie przestanie. Jest szaro i ponuro, a ja piję herbatę i jestem przeszczęśliwa.

Być może brzmi to jak szaleństwo - zwłaszcza z moich ust, ust orędowniczki lata i słońca, wakacji i wspaniałości. Być może zarobię parę spojrzeń spode łba i kuksańca parasolem, ale nic nie poradzę na to, że po lecie zawsze pałam miłością do deszczy i świątecznej (tak, świątecznej) atmosfery.

Dobre wakacje to długie wakacje. Zwłaszcza, jak jest się w miejscu, gdzie 95% lata jest upalne, a każdego dnia budzą cię promienie słońca wpadające wraz z czterdziestostopniowym żarem przez otwarte okno. Takie wakacje są wystarczająco długie, kiedy spełnione zostają trzy warunki: opalenizna jest na zadowalającym poziomie, powoli zaczyna się tęsknić za "prawdziwym" życiem, a budząc się, myślisz: "znowu słońce... ale by było miło tak jeden dzień się zaszyć i słuchać, jak pada deszcz". No, przynajmniej ja tak mam - a trzeci czynnik dopada mnie na gorących wakacjach regularnie.

Być może jest to związane z faktem, że wszelkie bałkańskie wyjazdy od kilku dobrych lat wypadają mi pod koniec lata - a dokładniej w tym momencie, kiedy zostawiam za sobą wciąż słoneczne i ciepłe Bałkany, a wjeżdżam w gęstą ścianę deszczu, która odprowadza mnie pod sam dom. Tak też było tym razem. Choć z wakacji przywiozłam z milion wspaniałych wspomnień, gdy patrzę na deszcz za oknem, przypominają mi się szare i deszczowe dni w Serbii (jakieś trzy z trzydziestu, ale były!): pierwsza wizyta w rodzinnym mieście B., dzień, w którym ciągle było chłodno i mokro, a my siedzieliśmy owinięci w grube koce, z książką i telewizją jako towarzyszami, i w końcu - dzień wyjazdu. Ten ostatni w Serbii był ciepły i słoneczny. Zasypiając w busie gdzieś na wysokości Węgier, widziałam słońce - budząc się w tym samym busie, zobaczyłam wysokie, nieprawdopodobnie zielone góry i deszcz. Wrażenie jak po przekroczeniu wrót innej krainy, ale nieeee, to tylko Słowacja ;-) Słowacja, na której już usnąć nie umiałam, bo nie umiałam też oderwać wzroku od pnących się pod same chmury szczytów, wielkich, soczyście zielonych łąk i zamków górujących nad miasteczkami. Za każdym razem, jak przejeżdżam przez ten kraj, obowiązkowo musi być szaro, mgliście i deszczowo - a i mam wrażenie, że Słowacja jest dla takiej pogody stworzona. Tym razem byłam tak spragniona deszczu, że nawet zapisałam w swojej głowie te łąki i zamki jako destynację jakiejś miłej wycieczki. Na bliżej niezdefiniowane kiedyś.


W powrotach z wakacji jeszcze kilka rzeczy jest całkiem fajnych (tylko kilka, no bo jednak wszystko co miłe i słoneczne zostaje za nami). Jest to na przykład dzień powrotu (albo dzień po powrocie, jeśli wraca się wieczorem): czas, kiedy już nie jest się na urlopie, ale jeszcze nie wpadło się w wir codzienności; czas, kiedy największym i najmniej przyjemnym obowiązkiem jest rozpakowanie pękającej w szwach torby; no i wreszcie czas, żeby napić się herbaty, zgrać zdjęcia i pokazać je wszystkim zainteresowanym i niezainteresowanym, pogapić się na deszcz i poumawiać się na spotkania ze wszystkimi znajomymi. To jest ten czas przejściowy, kiedy już szkoda końca wakacji, ale jeszcze nie opadła ekscytacja i czas, w którym cieszę się z rzeczy, których mi brakowało. No i kiedy mieszkanie niby wydaje się tak dobrze znane, ale jakby ciut inne, lekko zapomniane, przykryte tysiącami nowych miejsc z wyjazdu.

Miłe jest też relacjonowanie wyjazdu przy kawie lub grzańcu, słuchanie, co nowego wydarzyło się u znajomych i cieszenie się miastem, które zostawiało się w zupełnie innym stanie pogodowym. Miłe jest wysyłanie zdjęć do wywołania i pójście po ich odbiór spacerkiem połączonym z degustacją kawy z teksturowego kubka. Miłe jest tworzenie albumu, zapach świeczek i ulubiony park w jesiennym wydaniu. To wszystko jest miłe, bo miłe wydaje się życie w deszczu - jeszcze nie zdążył przejść do etapu, kiedy leje się po twarzy i za kołnierz, a jedynie jest sympatycznym dodatkiem do świeżo odnowionej codzienności. Codzienności, w której chodzi się na jesienno-zimowe zakupy (swetry, grzańce, świeczki!) i ogląda seriale. No i powoli, bardzo powoli, wkracza w tę prawdziwą codzienność.

Tym razem w moją powyjazdową błogość obowiązki wdzierają się szybciej, niż powinny. Nie wkrada się natomiast rutyna, bo wszystko wskazuje na to, że ta jesienna codzienność będzie zupełnie inna niż wszystkie. Pożyjemy - zobaczymy. Tymczasem zostawiam Was z Coldplayem (no a na co ta dzisiejsza pogoda się niby nadaje?) i idę oglądać serial. Akurat przestało padać.


przeczytaj także

0 komentarze