od dziś nadaję z Lublina


No i stało się - wreszcie jestem w Lublinie. I choć mieszkam tu od prawie tygodnia, nadal nie umiem odpowiedzieć na standardowe pytania zadawane na okoliczność przeprowadzki: czy podoba nam się miasto, czy mamy już jakieś plany na weekend i czy komunikacja miejska jedzie tam, gdzie powinna. Jako osobisty sukces traktuję to, że zamiast szorować półki i podłogi, widziałam dziś przed trzy minuty zamek.

Zacznijmy może jednak od początku, bo ten Lublin to dłuższa historia jest. Zaczęło się w grudniu, kiedy postanowiliśmy z B. przyspieszyć trochę nasze plany i przeprowadzić go na stałe do Polski. Powiedzieliśmy tylko najbliższym znajomym i osobom, które potencjalnie mogły nam pomóc - i ruszyliśmy w niezwykle emocjonującą podróż przez papierologię, urzędologię, kolejkologię i nieogarologię. Zaczynaliśmy w Katowicach, w moim najukochańszym mieście. Zrobiliśmy piękne CV w trzech językach, wypełniliśmy miliony formularzy i przeszliśmy przez trzy tony stresu okołourzędowego. Pewnie kiedyś o tym wszystkim napiszę, ale póki co budzi to we mnie tylko mieszankę nerwów, bólu brzucha, chęci rzucania soczystymi przekleństwami i wdzięczności dla tej nielicznej garstki urzędników, którzy w pracy nie zapominają być też ludźmi. Na chwilę obecną ustalmy po prostu, że przez to przeszliśmy (a w zasadzie dalej przechodzimy) i udało znaleźć się pracę dla B., której posiadanie jest nie tylko warunkiem dłuższego pobytu obcokrajowca w Polsce, ale przede wszystkim niezbędnym środkiem utrzymania. W ciągu dziesięciu miesięcy tytuł wpisu, który dziś wreszcie mogę napisać, zmieniał się diametralnie - od nadawania z Podgoricy (tak), przez klasyki typu Warszawa czy Kraków, do możliwości klikania z Gdańska. Nawet pojawiła się szansa, że zostaniemy w Katowicach - albo, że wyjedziemy do Serbii. Ale wszystko to były tylko możliwości, kombinacje w niekończących się rozmowach z cyklu a jeśli. Poza a jeśli wyszła tylko firma z siedzibą w Lublinie i tak już zostało - a teraz my próbujemy zostać lublinianami. Czy mi się to podoba? Jeszcze nie wiem. Na razie próbuję przejść do porządku dziennego nad tym, że cała moja rodzina, przyjaciele, pies i ulubione miejsca zostały na Śląsku (na szczęście miłośc życia mam na Lubelszczyźnie!) i że na każdym kroku spotykam wielkie, spasione kruki (trochę creepy, ale tłumaczę sobie, że to Damon). Na razie próbuję sobie uświadomić, ile właściwie wydarzyło się w ciągu minionych miesięcy - bo wydarzyło się na tyle dużo, że o każdym z etapów mam chęć powiedzieć: "jakby to było w poprzednim życiu". Ale nawet koty aż tylu żyć nie mają, więc pora się ogarnąć. Zaczynam od dziś.

Gdybym miała powiedzieć, czego mnie ta historia nauczyła, z pewnością jeszcze długo bym wyliczała. Spotkaliśmy na swojej drodze zarówno cudownych, jak i ciężkich ludzi, a przed nami pewnie jeszcze milion razy tyle. Na dzień dzisiejszy mogę z całą pewnością powiedzieć, że jestem kompetentna, aby przygotować instruktarz pt. "jak nie wynajmować mieszkania" i na bieżąco realizować projekt "wtapianie się w inną mentalność". Paradoksalnie, byłam bardziej gotowa na przeprowadzkę do Czarnogóry niż do innego miasta we własnym kraju - jak się okazuje, nie całkiem bezpodstawnie.

Póki co mogę powiedzieć, że jestem w tym wszystkim zagubiona i niepewna, a jednocześnie zaskakująco dobrze sobie radzę (czy to rodzaj szoku?). Ale przede wszystkim jestem szczęśliwa, bo wreszcie osiągnęliśmy najważniejszy na tę chwilę cel.

Po takich wyznaniach pozostaje mi zadać tylko jedno pytanie: czy są na sali mieszkańcy Lublina?

przeczytaj także

0 komentarze