jakby czas stanął w miejscu


Chociaż zupełnie nieoczekiwanie, koniec końców pojechałam na wakacje. I straciłam poczucie czasu, rzecz jasna. Na Bałkanach czas płynie zupełnie inaczej.

Nie pierwszy raz jestem na Bałkanach, i nie pierwszy raz mam ten sam problem (który problemem de facto nie jest): czas oszalał. Chociaż dzień mija w mgnieniu oka, mam poczucie, że go dobrze wykorzystałam. Chociaż właśnie powiedziałam, że dzień mija w mgnieniu oka, w rzeczywistości wszystko zdążę tu zrobić i czasu jeszcze zostaje. To jest ten nieuchwytny skarb, na który poluję w Polsce, bez dwóch zdań. Tym razem sprawy jeszcze bardziej się skomplikowały, bo nie dość, że jestem na Bałkanach, to w dodatku na wsi. To jest takie niewytłumaczalne kombo, kiedy wpada się w coś pomiędzy stanem błogości a stanem nieświadomości, gdzie znajduje się prawdziwe życie. To jest ten stan, kiedy skóra błyskawicznie staje się brązowa, na upale człowiek skwierczy, ale się nie zmęczy, a bieżąca woda ma swój zapach, jak słowo daję (pozdrawiam chemików pukających się w czoło). Spacerujemy po polach, pijemy gotowaną kawę na tarasie i jeździmy pochodzić po mieście. Fotografuję, piszę i cieszę się tym, co mnie otacza - i ani w głowie mi wracać do Polski.

Ale magia czasu to nie tylko nieuchwytny dla mnie bieg wskazówek zegara. Magia czasu na Bałkanach to przede wszystkim możliwość uchwycenia tego, co wydaje się nam utracone: klimatu starych czasów, poczucia się jak za dawnych lat i możliwości przeniesienia się na parę sekund w przeszłość. To wszystko kryje się gdzieś na miejskich ulicach, w kawiarniach, w powietrzu. I z całą pewnością w sercu Bałkanów. To jest to ukradkowe wyjście Jugosławii na spacer ulicami Belgradu pod osłoną nocy, ta domowa, nie wiadomo skąd znajoma atmosfera, która sprawia, że bez końca chcesz spacerować po Podgoricy, to wrażenie, że wracasz do tamtych czasów, które dawno przeminęły. Zupełnie jak w O północy w Paryżu, ale na wyciągnięcie ręki.

Są dwa rodzaje starego - to, które oznacza coś zapomnianego i nie rzadko bezużytecznego, i to, za którym się nostalgicznie wzdycha. Bałkany bez cienia wątpliwości przypisałabym do tej drugiej kategorii. Tutaj, w zupełnie niewyjaśnialny sposób, łapię się na tym, że odczuwam emocje, które dawno przeminęły z czasem i dynamiczną zmianą znanego mi otoczenia. Tu nadal mogę być dzieckiem, które z wypiekami na policzkach oczekuje każdego wyjazdu do miasta. Mogę przeglądać książki w księgarni i odkrywać z zadowoleniem, że lubiany przeze mnie pisarz wydał książki, o których istnieniu nie wiedziałam. Mogę usiąść w kawiarni i nie myśleć o obowiązkach i o tym, że marnuję czas, bo wcale nie mam poczucia, że go źle wykorzystuję. Potrafię cieszyć się drobnymi rzeczami, a życie znów wydaje się być logiczne i proste w obsłudze. Cieszę się poznawaniem kultury i czuję, że z każdym krokiem i z każdym przewertowaniem prasy jestem jej częścią, że ją zgłębiam i chłonę miasto, jak robili to liczni przede mną. Mogę wrócić do rzeczy, które tyle razy widziałam w dzieciństwie, a o których istnieniu zapomniałam: blankiety pocztowe, stare billboardy, budki telefoniczne, telegazetę, ogłoszenia w prasie i telewizji,... Długo mogłabym wyliczać, jednak serce tej "starości" nie tkwi w tych wszystkich przedmiotach, ale w pewnej atmosferze, która unosi się nad miastami, w jakimś sposobie życia tkwiącym w ich mieszkańcach. Na podstawie tego opisu miast można by powiedzieć, że mamy do czynienia ze światem, który jest o krok za nami: który wciąż gloryfikuje to, co stare, otacza się wynalazkami komunizmu i wciąż tkwi w okresie postkomunistycznych przemian. Po części nie jest to prawda: większość bałkańskich państw sukcesywnie się rozwija, idzie ku modernizmowi i w pewnych kwestiach jest o dwa kroki przed nami. Z drugiej strony coś w tym jest - wciąż można tu i ówdzie wypatrzeć rzeczy i rozwiązania, o których istnieniu w Polsce zapomniano; wciąż jest tu pewne widmo przeszłości, a krajobraz przybiera najrozmaitsze formy: nowoczesny, tętniący życiem Belgrad kontra jego nocne, jugosłowiańskie wydanie. Dworzec kolejowy w Nowym Sadzie, który wygląda jak żywo wyjęty z pocztówki z lat 70. (nawet kolory jakimś cudem się zgadzają ;)). Podgorica roztaczająca kojące poczucie, że czas stanął w miejscu. Być może liczni nie zgodzą się ze mną, ale ja tych wszystkich rzeczy nie traktuję w kontekście reliktów komunizmu. Dla mnie to raczej wehikuł czasu, wyciszenie, podróż w to, co pamiętam z przeszłości i darzę sentymentem. To niesamowita magia, której nie ma nigdzie indziej na świecie.

Masz wrażenie, że wiesz, o co czym mówię? Idę o zakład, że odczułeś na własnej skórze, jak płynie czas na Bałkanach. Tego nie sposób opisać - ale będąc na miejscu, nie sposób nie odczuć. Trzeba się tylko wsłuchać.

przeczytaj także

0 komentarze