ku pokrzepieniu maturalnych dusz


Jeśli matura jeszcze przed Tobą, z całą pewnością potrzebujesz pokrzepienia. I żeby ludzie przestali mówić, że na studiach będzie gorzej. Nie wiem, na ile Ci się przydam, ale tak czy inaczej wtrącę swoje trzy grosze.

Swoją maturę pisałam w maju 2012, czyli już kawałek czasu temu. Czyli, że miałam prezentację na polskim, muahaha. Co oprócz tego przeżywałam?

Szczerze powiedziawszy, niewiele. Nie, żebym była jakimś badassem, ale miałam to dzikie szczęście, że do takiej błahostki, jaką jest matura, podeszłam ze stoickim spokojem. Nie do końca wiem, co mną powodowało, być może nie do końca docierało do mnie, że to tak JUŻ i że to jest MATURA. Spodziewałam się, że przynajmniej dostanę w twarz tą informacją siedząc na sali i czekając na rozpoczęcie egzaminu, ale i tu się zawiodłam - do dziś pamiętam, jak siedziałam sobie spokojnie i rozmyślałam o tym, że tyle tego wpisywania, że na pewno nauczę się PESEL-u na pamięć. No i się nauczyłam. I nawet sprawdzałam w domu te popularne "mamy już rozwiązania!" na godzinę-dwie po oficjalnym zakończeniu egzaminu. Ale i na tym paznokci nie zjadłam, choć oczywiście nie rozwiązałam wszystkiego dobrze, a maturalne punkty były mi potrzebne, bo chciałam pójść na studia. Myślę, że zadziałało tu nie tylko opanowanie, ale też jakiś rodzaj pewności siebie. I pewnie ostro bym się na nim przejechała, gdyby matura była taka, jak kiedyś. Ale nie jest.

Nie próbuję jednak przez to powiedzieć, że maturę należy zignorować. Należy zrobić zupełnie odwrotnie, przejąć się konkretnie, ale nie w taki oklepany, paniczny sposób. Nie próbuję też powiedzieć, że napisałam maturę bez przygotowania - do matmy przygotowywałam się regularnie, bo jednak matma wymaga stabilnej, konkretnej wiedzy, matma jest królową, matką, żoną i tak dalej. No i nie zmierzysz trójkąta linijką, jak nie potrafisz go obliczyć, nie oszukujmy się.

Jedna z naszych nauczycielek uparcie nam powtarzała, żeby dzień przed maturą zostawić książki i pójść do kina. I chociaż moi rodzice dość sceptycznie na mnie patrzyli, kiedy ją cytowałam (chyba mi nie wierzyli, że to autentyczny cytat ;-)), miała rację. Bo na przykład taki polski: książek już i tak nie nadrobisz, streszczenia wymieszają ci się wszystkie w głowie, jak przeczytasz je hurtowo, a pozostałe pytania i tak opierają się na tekście zamieszczonym w arkuszu. Oczywiście trafiają się i pytania z wiedzy, ale nie oszukujmy się - są w mniejszości, a ty na pewno znasz na nie odpowiedź. A jak nie znasz, to i tak nie poznasz, bo musiałbyś przeczytać zeszyty z całych trzech lat - ale z pewnością podniesiesz sobie ciśnienie myślą, że czegoś nie wiesz. Bez wątpienia warto przygotowywać się konsekwentnie, warto utrwalać wiedzę, ale warto też sobie czasem odpuścić i nie panikować.

Oczywiście to takie gadanie starej baby, na które większość zareagowałaby kpiącym uśmieszkiem. Kiedy zdawałam maturę, też tego nie postrzegałam w taki sposób, ale po czasie jakoś magicznie obraz stał się klarowny. W liceum zdecydowanie warto się przygotowywać, ale z zupełnie innych powodów, niż te, które wszyscy dookoła nam podtykają. Angielski trzeba poznać, bo angielski to teraz podstawa - w pracy, w podróży, a nawet w życiu prywatnym, jeśli szukając znajomych wychylamy nos poza swoją dzielnię. Podobnie polski - obciachem jest nie mówić poprawnie w swoim języku ojczystym. A lektury? Oczywiście, Słowacki wielkim poetą był, więc Słowackiego i jego kolegów po fachu poznać trzeba. Ale znów - dla siebie, a nie dla komisji maturalnej. (Ale uwaga! Przedmioty dodatkowe to już, paradoksalnie, zupełnie inna bajka!)

Być może to dość niewychowawcze i niepoprawne politycznie, ale dziś, gdybym znów była maturzystką, tak właśnie bym zrobiła - wiedzę zdobywała dla siebie, a do matury przygotowywałabym się praktycznie: rozwiązując jak najwięcej tekstów i studiując jak najwięcej starych kluczy do rozprawek. Bo jeśli coś daje dużo punktów to właśnie rozprawka napisana w kluczu - i gryzienie się w język, jak zaczynam snuć domysły, bo mam luki w wiedzy. Do dziś pamiętam, że na mojej maturze pojawił się fragment Ludzi bezdomnych, w którym Elżbieta opowiada o pewnym mężczyźnie. Stwierdzenia, że to jej mąż, posypały się jak lawina. Jedyny problem polegał na tym, że wcale nie chodziło o męża. Na szczęście język polski jest językiem tak bogatym, że można unikać takich kul z lekkością piórka.

Wybierając studia (lub między studiami a pracą), warto wiedzieć, że klasyk: na studiach będzie gorzej serwowany na 50 różnych sposobów to taki straszak. Jeśli wybierzesz coś, co Cię interesuje, gorzej nie będzie. Jasne, że do każdej sesji trzeba ogarnąć dużo materiału - ale przecież jest to wykonalne, skoro ludzie to robią, no nie? Studia nie są gorsze - studia po prostu wyrabiają nawyk uczenia i przyswajania materiału. Patrząc z ich perspektywy, jednego dnia matura wyda się "takim drobiazgiem" - ale to akurat nie będzie znak, że ktoś cię męczy na studiach, ale tego, że się rozwijasz.

Ważna jest też kwestia specjalizacji wiedzy. Oczywiście kłamałabym obiecując, że wreszcie zaczniesz uczyć się tylko potrzebnych rzeczy. Ale zakres tematyczny niepotrzebności jest dużo bliższy temu, co chcesz robić - no i wreszcie możesz przyznać przed samym sobą, że nie jesteś we wszystkim najlepszy, bo już nie musisz być. Musisz jedynie skupiać się na kierunku, który wybrałeś, bo daje ci satysfakcję.

Wszystko, co dzieje się teraz w twoim świecie, wydaje się być szalenie ważne: wybór przedmiotów na maturze, zdanie tej matury, wybór studiów/pracy. I jest ważne, ale ostrożnie z tym szaleństwem, bo taki nagły nacisk ważności wszelakiej może konkretnie wystraszyć. Pewnie, że musisz rozsądnie wybrać przedmioty, przygotować się do nich, napisać egzaminy. Ale absolutnie nie żyj ze świadomością, że wychodząc z ostatniego egzaminu musisz stać się superpoważnym i dorosłym człowiekiem, który na milion procent wie, co będzie robił do późnej starości. Wciąż masz prawo się rozwijać i zmieniać (teraz szczególnie!), uczyć na błędach i próbować nowych rzeczy. Oczywiście nie mam na myśli wałęsania się po wszystkich możliwych uniwerkach do trzydziestki, ale wiesz przecież, o co mi chodzi. Masz teraz dziewiętnaście lat i tak naprawdę dopiero zaczynasz przygotowywać się do zawodu. I do życia, bo jakieś 80% tego, co już o tym życiu wiesz, zostanie zweryfikowane. Od postrzegania siebie, przez stosunek do nauki i pracy, do światopoglądu i zachowania wobec innych. I to jest przefantastyczne, zwłaszcza, że przychodzi zupełnie znienacka.

Żeby odciągnąć twoją uwagę od tych przyszłościowych rozważań (i bardzo bliskiej perspektywy matury), chcę ci przypomnieć, że po wyjściu z ostatniego egzaminu czekają cię najdłuższe wakacje w życiu. Jest to dokładnie takie kól, na jakie brzmi: multum czasu na nicnierobienie, odpoczywanie, zwiedzanie, pracę dodatkową, rozwijanie się. I tak, zdecydowanie są najdłuższe, ale nie są jedyne - bez spiny, nie musisz nałapać wspomnień na całe życie. Wakacje są co roku, a jeśli zdecydowałeś się na studia - z roku na rok będą one tylko ciekawsze. A że kończy się jakaś era? To na pewno. Ale nikt nie powiedział, że kolejne nie będą lepsze, no nie?

Od jutra zaczynacie. A ja od jutra zaczynam trzymać mocno kciuki.

przeczytaj także

0 komentarze