oda do podstawówki


No to zaczynamy szkołę. Na ten pierwszy dzień ukochanego przez wszystkich uczniów okresu trochę wspomnień sprzed (przeszło) dekady. No i pamiętajcie, że dziś to jeszcze prawie wolność.

Swoją przygodę ze szkołą zaczęłam jeszcze przed rozpoczęciem szkoły. Już nawet pomijam wycieczkę z przedszkola do pierwszej klasy, żeby zobaczyć, jak to jest w tym uosobieniu podwórkowej dorosłości. Z tej wyprawy zapamiętałam, że rozwiązywaliśmy na tablicy krzyżówkę i że jako jedyna znałam odpowiedź na jedno z pytań. Nawet pierwszoklasiści nie wiedzieli! Duma była tak wielka, że pamiętam to pytanie do dziś. Ale ten wątek powinnam pominąć, bo znacznie większe piętno odcisnęły... sny. Tak, za czasów zerówki śniłam kilkakrotnie, że siedzę na dmuchanej zjeżdżalni i koleżanki, które szły do szkoły przede mną, mówiły mi "do zobaczenia" i zjeżdżały w dół. A ja tam siedziałam jak kołek i czekałam, aż nadejdzie mój wrzesień.

No i nadszedł. Nadszedł dokładnie w roku 2000 - nowe millenium, nowy rozdział w moim życiu, to jest big deal. Jako że ja dziołcha ze Ślunska jestem, pierwszy dzień szkoły stał pod znakiem granatowej tyty w misie, wypchanej nie byle czym (święto było to podwójne, bo jako dziecko nie mogłam jeść za dużo słodyczy). Były też panie wychowawczynie, trzymające w górze tabliczki z numerem klasy (jak się później okazało, były to tabliczki wiszące w szatniach, gratuluję pomysłowości), dyrektorka pasująca nas ogromną dmuchaną kredką i zdjęcia z rodzicami. Do klasy szłam z koleżanką z podwórka, więc większego strachu nie było - ale przygoda dopiero miała się zacząć.

I to tak całkiem serio, podstawówkę darzę nie tylko sentymentem, ale też szczególnym uczuciem. Z młodszych klas najlepiej wspominam klasowe wigilie, wycieczki, siedzenie z najlepszą przyjaciółką w ostatniej ławce. Wędrówki pod pretekstem wyrzucenia śmieci, podczas których systematycznie zerkałam przez ramię klasowego kujona, żeby zapamiętać wyniki działań, których my jeszcze nie miałyśmy rozwiązanych. Robienie bazy z kurtek w zepsutym autokarze podczas powrotu z wycieczki, popołudniowe odwiedziny u kumpeli i odznaki przyklejane przez naszą Panią na wagoniki z naszymi zdjęciami.


Pamiętam nowe osoby dołączające do naszej klasy i dramat towarzyszący wyjazdowi na zieloną szkołę. No bo nie dość, że tak daleko od rodziców, nie dość, że aż na trzy tygodnie, to jeszcze bez przyjaciółki, bo złamała rękę. Podczas naszych wyścigów na bieżni, bo wiosną i jesienią mogliśmy wychodzić na podwórko. To nie jest byle jaka szkoła, to jest szkoła o prezencji willi, proszę Państwa.

Starsze klasy zaczęłam stresowym bólem brzucha, obietnicą pani z muzyki, że nauczymy się szybko pisać (może pisać tak, ale muzyka wcale fajna nie była), a zaledwie dzień wcześniej - szokiem wywołanym faktem, że naszym wychowawcą będzie facet. Ale jak to, przecież nasza pani, tęsknota, rozpacz. Ale nie było wcale źle. Były pierwsze prawdziwe oceny, fajni nauczyciele i najwspanialsza Pani z polskiego. Robienie "lewych stron" w zeszycie (to takie ilustracje do tematu lekcji, prowadziło się takie bajery na szóstkę z zeszytu), czytanie W.I.T.C.H.a i wędrówki po szkole na długich przerwach. No i sprint do sklepiku, bo kolejka ustawiała się do niego taka, że potrafiło się stać całą przerwę i nic. No, nic. Żadnych cuksów (musujące, ach), żadnych bułek na ciepło (gumowa podeszwa, ale jaka smaczna!) ani nawet filofunu. Filofun to była zabawa, ojacie.

To były czasy Harry'ego Pottera, Shreka, Victora Juniora i pierwszych kupionych numerów Trzynastki. Czasy, kiedy jeszcze dało się kupić popcorn w kinie za piątaka, a gimnazjum to już serio była obietnica dorosłości. Ale też stres i czytanie Klasy Pani Czajki z nadzieją, że wcale nie jest takie złe. Czas treningów siatkówki, pisania pamiętnika i pożerania książki za książką. Wtedy na kompa trzeba było mieć pozwolenie od rodziców, a i tak miałam ciekawsze sprawy niż siedzenie na... czymśtam, nie mam pojęcia, na co można było wtedy marnować czas w internetach. Przecież jeszcze Naszej Klasy nawet nie było.

Podstawówka to jeden z tych momentów, który wspominam ciepło - i przede wszystkim który chcę wspominać. Jakież to było miłe.

Na zakończenie hit słuchany wieczorami na RMFie, w czasie powrotów z sobotniego goszczenia się u przyjaciół. I oczywiście życzenia udanego roku szkolnego dla wszystkich, małych i dużych!

przeczytaj także

0 komentarze