wiedza o kraju to kwestia szacunku, nie wykształcenia


Podczas planowania zagranicznych podróży, nie tylko paszport i waluta grają rolę. Warto zorientować się, gdzie w ogóle jedziemy.

Znakomita większość osób jako odruch bezwarunkowy ma zakodowane pozytywne reakcje na małe ukłony w stronę Polski. A to w amerykańskim serialu pojawi się jakiś polski akcent, a to polska stylistka zostanie doceniona w wielkim świecie, a to jakaś gwiazda zakrzyknie dziarsko "dobry wieczór, Sopot!" (względnie: "lubię żurek"). Wszystko to przyciąga publikę, a przyciąga - bo jest w dobrym tonie. Jest przejawem szacunku, realnego zainteresowania krajem i tak po prostu miłym gestem przełamującym lody. I barierę kulturową, która niejednokrotnie może zamknąć drogę do porozumienia. Idę o zakład, że nawet najbardziej zagorzałych krytyków Polski jako takiej taki ukłon mimowolnie poruszy - a krytykowanie kraju na arenie międzynarodowej popchnie do wplecenia "nawet nie wiedzą, gdzie ta Polska leży" między pierwsze, drugie i dziesiąte przekleństwo.

To działa też w drugą stronę: każdy obywatel Hiszpanii, Chorwacji czy Turcji uzna za co najmniej miłe powiedzenie czegoś w ich języku (a Amerykanin da Ci do zrozumienia, że pora się dokształcić z języka imperium). Oczywiście nie chodzi o płynne posługiwanie się językiem miejscowych, bo nauka zajmuje mnóstwo czasu, a i krajów do zwiedzenia jest wiele. Ale o ile konstrukcje zdaniowe wpędzają tłumacza Google w poważnego doła, tak pojedyncze sformułowania podpowiada dobrze. Dobrze robią to też rozmówki i słowniki. Dzień dobry, dziękuję i do widzenia nie mają prawa być niezapamiętywalne w najtrudniejszym nawet języku, a źle wymówione cieszą miejscowych tak samo. Albo nawet podwójnie, bo właśnie miejscowy poprawi i nauczy. To trochę tak jak z kwiatkiem - niby i tak za chwilę zwiędnie, ale bardzo miło jest go wstawić do wazonu i wiedzieć, że tam jest. I że dostał się do tego wazonu od serca.

Podczas podróży kardynalnym błędem jest unikanie mówienia albo mówienie po angielsku w krajach nie-anglojęzycznych, jeśli znamy lokalny język. Umiejętności nie zawsze są odpowiednie, a jeszcze częściej obawy przed używaniem języka powodują, że sami sobie umniejszamy wiedzy. Ale warto próbować. Jeśli doskonalenie mówienia z native speakerami nie jest argumentem załatwiającym sprawę, myślę że będą nim zniżki. Wierzcie lub nie, ale używanie języka miejscowych często oznacza zaproponowanie ceny dla miejscowych.

Rozmówki kupione, a grzeczności wkute na blachę? Dobrze, ale to jeszcze nie koniec. Kraj, do którego jedziesz, z całą pewnością wykształcił swoją odrębną kulturę - nawet, jeśli znajduje się o rzut beretem od Polski. Nikt w Serbii nie zlinczuje Cię za to, że nie wiesz, co to Đurđevdan, natomiast wepchanie się do innowierczej świątyni bez odpowiednich okryć już może być niemile widziane. Poza tym te wszystkie rzeczy, z punktu widzenia naszej kultury dziwaczne, są arcyciekawe. I to jest superkul wiedzieć, że na przykład na Bałkanach nie zdejmujemy butów, jak idziemy w gości, bo to prostackie. Chyba, że pada, wtedy nikt się nie przejmuje, że zostanie prostakiem.

Bardzo długo nie postrzegałam turystyki jako źródła wiedzy. W końcu płacę między innymi za to, że zostanę ugoszczona i ewentualnie na miejscu dowiem się czegoś o regionie. Płacę, żeby dostać szansę porozumienia się w języku międzynarodowym. Płacę to wymagam, owszem, ale jestem gościem to szanuję. Jeden drobny ukłon w stronę innej kultury to wrota do poznania nowego świata.

przeczytaj także

0 komentarze