lazy means joyful in dinosaur


John Lennon powiedział kiedyś, że jeśli marnowanie czasu daje Ci radość to nie jest to czas zmarnowanyOkazuje się zatem, że był nie tylko dobrym muzykiem, ale też bardzo mądrym człowiekiem. I po latach dał mojemu wewnętrznemu żandarmikowi trochę wytchnienia.

Jako że jestem samozwańczym specem od niedefiniowalności, chciałabym powiedzieć, że marnowanie czasu to nie jest taka oczywista sprawa. Bo na przykład literatura. Ja to bardzo lubię, jak w odmętach antyutopii nurzają się ci wszyscy bohaterowie, pragnący czuć, samodzielnie myśleć i wyznawać stare wartości (mówiłam już, że darzę szczególnym uczuciem Delirium?). Natomiast moja Mama, właścicielka tych samych genów, wzdycha ciężko, że znowutosajensfikszyn, że to o kosmitach na pewno. Czyli, że marnuję czas, bo to głupoty. Albo granie w gry. Luby grywa w kurdupelki, w które ja nie próbuję się wciągnąć (ale grafika jest cudowna!), ja natomiast jestem mistrzem Simów i planowania strategii wesołego miasteczka (tak, to ta gra, co wyszła, zanim ja zaczęłam chodzić do szkoły) i to tylko w długie wakacyjne popołudnia. Albo że wolny strzelec powie, że praca w korpo to jakiś żart. A jego korpokoledzy powiedzą, że rozkręcanie własnego biznesu to nieporozumienie, bo naharuje się dwa razy bardziej, a nie wiadomo, czy coś zarobi. I tak dalej, i tak dalej. Czyli że marnowanie czasu zależy od punktu widzenia. Czyli to taki styl życia trochę.

Chyba że... Chyba że jest się mną. Klasyczna sytuacja, każdy dzień gdzieś między październikiem a czerwcem, teraz to nawet między październikiem a październikiem. Ten brawurowy moment zrywu, kiedy wszystkim wykładowcom przypomina się, że wypadałoby machnąć kolokwium. Gromy się kłębią nad głową, siłą rzeczy włosy się rozkosmują, kartki fruwają, w kalendarzu zaczyna brakować miejsca... a jedyne, na co mam ochotę, to oglądanie serialu (a przypominam, że obejrzenie HIMYM jest warunkiem zaliczenia sesji, więc to nie takie całkiem bez sensu, nie?). Powiem wręcz, że tylko na to mam siłę, bo szczęśliwy ten, kto nie zna uczucia jak się musi, ale tak bardzo nie ma się woli, że pozostaje tylko uderzać rytmicznie głową w biurko.

Oczywiście, że jestem leniwa. Może nie jakoś skandalicznie, ale cenię sobie mój własny komfort dużo bardziej niż nieporywającą pracę. I oto odkryłam źródło problemu: pasja. Dalej jestem na etapie, na którym się łudzę, że będę pracować z moim wyuczonym językiem i że będzie mi to sprawiać satysfakcję. Jestem też na etapie życia, że o "łudzeniu" mówię z przymrużeniem oka, bo tak naprawdę jestem zdeterminowana do tego dążyć. Na etapie, na którym wierzę, że trzeba zacząć od szczerych chęci i choć trochę szczerych prób.

Ale wbrew wszystkiemu, obok tego, że jestem leniwa, mam też silne poczucie obowiązku. I tak, jak ścieranie się dwóch różnych charakterów jest w przyrodzie naturalne, tak ścieranie się dwóch cech osobowości w obrębie jednej psychiki jest... sama nie wiem, na pewno nie łatwe do oswojenia. Dla kariery zawodowej pojedynek na linii obowiązki-potrzeby powinny wygrywać obowiązki. Ale dla spokoju wewnętrznego?

Jeśli miałabym wymieniać, czego nauczyły mnie studia, na pewno musiałby się znaleźć w zestawieniu ten problem. Wielokrotnie już odczułam, że nie mogąc a musząc, nie trzeba się zmuszać, a motywować. Najprostszym sposobem na stracenie dnia jest nerwowe oglądanie seriali, z obijającą się po głowie myślą "ja pierdolę, no dziś to już serio MUSZĘ" (cytat oryginalny). Bo w takie dni ani się nie cieszę serialem, ani nie robię tego, co muszę. Jeśli marnowanie czasu miałoby zostać jakoś zdefiniowane, byłoby właśnie tym.

Reszta to tylko kwestia tego, czy potrafimy odpoczywać.


Tak się robi covery, proszę Państwa.

przeczytaj także

0 komentarze