[Guča] trąbki, piwo i śpiew


Wyobraź sobie małą wioskę w górach, taką, w której są same domy, jeden peron dla autobusów i stadion dla miejscowego klubiku. Wioskę cichą, spokojną i zapomnianą przez większą część roku. Ta sama wioska w sierpniu ożywa w wyjątkowym stylu.

Guča to wieś położona w południowo-zachodniej Serbii, w okolicy Čačka, z którego można dojechać do wsi starym jugobusem z prototypem szyberdachu na suficie. A jest to podróż ekstremalna, co na pewno wie na wstępie każdy, kto kiedykolwiek podróżował przez bałkańskie wzniesienia z miejscowymi. Tak czy inaczej po jeździe na dwóch kołach i brawurowym przecinaniu mgły przychodzi moment na przeżycie czegoś absolutnie wspaniałego.

Otóż ta sama niepozorna Guča staje się każdego sierpnia stolicą trąbkarzy. To tam odbywa się niepowtarzalny festiwal ściągający tłumy z całej Europy. Jeśli nawet nie świata. Już w autobusie z Belgradu wiedziałyśmy, że nie jedyne będziemy reprezentować Polskę. Poza tym, poza mieszkańcami Bałkanów, spotkałyśmy Rumunów, Węgrów, a nawet Serbów mieszkających w Australii (!). Byli to ludzie plus-minus w naszym wieku, którzy jeśli się tam nie urodzili, to z całą pewnością wychowali. A rok temu zorganizowali się w grupę i przebyli taki kawał drogi, żeby odwiedzić swoją ojczyznę. No więc gdzie wylądowali? Ano na Gučy, to przecież jeden z symboli Serbii.


Ale może od początku. Już wjeżdżając do miasteczka, napotkałyśmy pierwszą grupę trąbkarzy, którzy grali, oczywiście, Đurđevdan. Już wtedy wiedziałam, że mi się spodoba - a kiedy wysiadłyśmy z autobusu, było obłędnie. Główna ulica miasteczka usiana była straganami z pamiątkami (co przywozi się z Gučy? Małe trąbki!), knajpkami z piwem (Jelen obowiązkowo!) i pieczonymi prosiakami. A na dokładkę setki trąbkarzy, toczących bitwy muzyczne i umilających przechadzkę. Dalej, bliżej stadionu, Jelen miał swoją małą scenę z muzyką trąbkową - było nawet Happy Pharrella Williamsa, oczywiście zaaranżowane na trąbki. Powiem więcej! To był znak wyścigu do piwopoju, bo wtedy było taniej. Była muzyka, śpiew i Malčiki.

A główna scena? Główna scena to wisienka na torcie. Usytuowana na stadionie, olbrzymia i żyjąca własnym życiem. Już przy wejściu rzucał się w oczy obrazek, który w Polsce by nie przeszedł: na festiwal można wnieść swoje napoje, w tym alkoholowe, pod warunkiem, że nie są one w szklanej butelce. I nie mówię tu o farcie, że bramkarz nie sprawdzi akurat mojej torebki. W Gučy piwko wnosi się na całkowitym legalu, podobnie jak na całkowitym legalu pije się w miejscach publicznych.


Koncerty natomiast były nieziemskie. Jeszcze nigdy nie byłam na festiwalu, na którym wszystko byłoby tak harmonijne i nietypowe. Wszystko ubrane w dźwięki trąbki dawało efekt... bardzo bałkański. I choć tak w gruncie rzeczy pojechałyśmy zobaczyć Gorana Bregovicia, wszystkie inne występy powalały na kolana. Podobnie jak fantastyczna publika - skacząca, bawiąca się, tańcząca kolo, czyli tradycyjny bałkański taniec w milionie odmian. Powiewające serbskie flagi, race i... latające piwa. Tak, na Bałkanach to dzień jak co dzień. Mam nadzieję, że chociaż są dobre na porost włosów.

Oczywiście Serbia nie byłaby Serbią, gdybym nie przywiozła z festiwalu wspomnień nietypowych. Ze smutkiem donoszę, że w Gučy nawet toy-toye są płatne. Inna sprawa, że to był pierwszy i ostatni raz kiedy widziałam, jak obsługa otwierała ich drzwi przed klientami. Guča to też cała masa ludzi wynajmujących pokoje u miejscowych i zapraszająca na rakiję w środku nocy. Guča to jedna zasłonka w całym busie, która musiała trafić się akurat mi. A czasy marszałka z całą pewnością pamiętała, bo wtedy ostatni raz była prana. Guča to jedzenie burka po koncertowej nocy i dziki bieg do pierwszego napotkanego w Belgradzie kiosku, żeby wreszcie kupić coś do picia. 

Guča to coś, co trzeba przeżyć.


przeczytaj także

0 komentarze