oda do Chorwacji


Kiedy znajdziesz swoje miejsce na ziemi, po prostu musisz tam być. Choćby tylko na krótką chwilę. Choćby tylko na niby.

Zaczęło się niewinnie. Rok 2005 to jeszcze ten czas w naszym malowniczym kraju, kiedy pokolenie wychowane w komunizmie miało jakieś tam pozostałości z obaw przed wychylaniem nosa poza znajome granice. Ale byli też tacy, co szlaki przetarli już dawno i głosili prawdy objawione, takie jak to, że za granicą jest miło, wcale nie tak drogo... i tak jakoś inaczej. No i rodzice się zdecydowali. Chorwacja.

Raz, drugi, piąty... a teraz mam za sobą już ósmy wyjazd i ciągle jest co odkrywać. Ciągle mi mało.

Skąd wiem, że to jest TO miejsce? Bo chce mi się wstawać wcześnie rano, tylko po to, żeby mieć więcej czasu na obijanie się na plaży. Bo uciążliwy upał tam staje się mniej uciążliwy. Bo uśmiecham się na samą myśl o tym, że mogłabym teraz pisać tego posta siedząc na plaży. Bo zimowe planowanie wyjazdu daje mi niemalże tyle samo frajdy co sam wyjazd. Bo mogę zwolnić, wziąć dwa głębokie wdechy i problemy stają się jakby łatwiejsze w obejściu. Bo czuję się tam u siebie. Na swoim miejscu. (I podskakuję z radości za każdym razem, jak mogę porozmawiać z Chorwatem. A jak pochwali mój chorwacki, nagle odkrywam w sobie zdolność do lewitacji.)

Poza tym ustalmy fakty: nie ma cieplejszego słońca niż to świecące nad Chorwacją, ani bardziej niebieskiego morza niż Adriatyk, ani nawet lepszego jedzenia niż burek na śniadanie i pljeskavica na obiad (no dobra, jest, ale też bałkańskie, więc wszystko okej).

Jednak Chorwacja to jest TO miejsce w kategorii azylu od rzeczywistości - moje miejsce na ziemi do stąpania po niej twardo powstanie w Polsce. Nie planuję się przeprowadzać na Bałkany, ale planuję tam bywać. Choćby tylko czasami - bo jak się bardziej stęsknię, Chorwacja jeszcze bardziej pięknieje. Poza tym nie po to za każdym razem żegnam się z morzem, żeby je zawieść. Żegnam się, żeby wiedziało, że wrócę.



przeczytaj także

0 komentarze