5 rzeczy, które zachwycą Cię na studiach


Sobota dawno nie była tak ekscytująca. Owszem, te wszystkie wypady na piwo, spotkania, święty spokój z książką, pisanie bloga i inne tego typu aktywności są super, ale nic nie dorówna momentowi, kiedy uświadamiasz sobie, że JUŻ NAPRAWDĘ MUSISZ zacząć się uczyć, bo stoisz w szczerym polu, którego nawet nie umiesz nazwać w języku, z którego za dwa miesiące przyjdzie Ci zdawać egzamin.

Dodatkowych emocji dostarcza fakt, że znowu nie jest to Twój wiodący język, a jedynie otoczka dodana w gratisie do toku studiów. Włoski gryzł, gryzie i gryźć będzie, wbrew temu co mówią autorzy podręcznika, którym postanowiłam się ratować (bo mówią w nim do mnie po polsku). Gryzie moją słowiańską duszę, w której hasa serbski i bryka chorwacki, i nawet średnio lubiany macedoński i nie ogarniany przeze mnie rosyjski są mi bliższe niż włoski, który sprawia, że czuję się nie do końca elokwentna. Albo wręcz lekko głupia. No dobra, totalnie głupia, umiem opowiedzieć tylko na kilka elementarnych pytań, i to po chwili konsternacji, czego ode mnie się w ogóle oczekuje.

I chociaż minusy można zliczyć na palcach jednej ręki (no, dwóch. Okej, i obydwu stóp), a plusów studiowania jest znacznie więcej, dziś będę marudzić. Bezwstydnie i rozpustnie.

Gdybym miała hierarchicznie ustawić moje zażalenia, wszystko musiałoby znaleźć się w jednym zdaniu. Wiem, Wam by ulżyło, ja bym nie pogrążała się nadmierną grafomanią. Ale ja tak tego nie zostawię, jest gorycz, trzeba ją wylać, jak na prawdziwego Polaka przystało.

Filozofia na budownictwie
Przede wszystkim niepotrzebne przedmioty. Choć to też zależy, jak zdefiniować niepotrzebny przedmiot - włoski, a nawet szwedzki, które przewinęły się w mojej karierze slawistycznej, nijak do kierunku nie pasowały, ale nauka nowego języka zawsze jest przydatna. Pod warunkiem, że masz na nią czas i śladowe ilości motywacji, ale to już inna historia, przecież student powinien mieć czas tylko na naukę. Ale uznajmy, że to wartościowa oferta, nawet jeśli masz do nauki trzy inne języki. Natomiast języki martwe, takie jak łacina czy starocerkiewnosłowiański (pozdrawiam humanistów, Isus glagolasze) są... moją ulubioną anegdotką, kiedy rozmawiam z kimś spoza środowiska lingwistycznego. Niezmiennie bawią mnie szeroko otwarte oczy i ten wyraz twarzy, który oddaje wielkie pragnienie, żebym żartowała. Otóż nie żartuję. Powiem więcej: nawet nie jestem w stanie wklepać tu jakiejś wzniosłej maksymy idealnie wyjaśniającej sens moich cierpień, bo nikt mnie ich nigdy nie nauczył. Za to chodziłam jak zombiak, usiłując zapamiętać sześć końcówek przypadków (tak, sześć), w dwóch liczbach i w trzech rodzajach plus jakieś niepokojące czasy, odmianę przymiotników i inne chore konstrukcje. Żebym jednak nie wyszła całkiem na debila: sylabusie, quo vadis?

Czasami po prostu wiesz za dużo
Wiecie, co idzie w parze z niepotrzebnymi przedmiotami? Wiedza, która utrudni Ci pracę zawodową! I ja po raz kolejny nie żartuję, nie wiem, co się dziś ze mną dzieje. Ale takie są fakty: na przykład pewne zajęcia z pewnej teorii. Pomijając fakt, że z przedmiotu ze słowem "teoria" w nazwie mam tylko ćwiczenia, ma on jeszcze jeden mankament: uczula na szczegóły. Nie uczymy się praktycznych zachowań w pracy, nie analizujemy jakoś szerzej błędów popełnianych przez tych przed nami. Uczymy się teoretycznego podejścia do zajęcia, które w pracy zawodowej wykonywane jest wyłącznie w praktyce. Wiecie, jak to się kończy? Poprawiasz samą siebie. Mimo że wersja kwestionowana przez teoretyków językowo pasuje jak ostatni, brakujący puzzel. Chociaż podobno zobaczonego nie da się odzobaczyć, mam szczerą nadzieję, że da się oduczyć nauczonego. Albo chociaż włączyć mu egzystowanie paralelne z intuicją.

Nadmiar i brak czasu występują równocześnie
Bo w zasadzie wolne masz tylko weekendy. Ale z drugiej strony jak zapełnić całe dwa dni błogiej wolności? Olać naukę, i tak nie ma kolosów. Wszyscy tylko czekają, żeby zrobić Ci kombo z ośmiu przedmiotów, najlepiej chwilę przed sesją.
Albo chodzisz na uczelnię tylko trzy dni. Ale do pracy nie pójdziesz, bo z pozostałych czterech tylko dwa są robocze (zresztą kto by chciał studenta dziennego?). I siedzisz w domu, z nadmiaru czasu nie chce Ci się nawet zajrzeć do notatek, bo przecież JEST TYLE CZASU. Ale za to wiesz doskonale, co słychać u wszystkich znajomych. Albo zaczynasz pisać bloga.

Życie studenckie wcale nie jest takie, jakim się wydaje
Albo ja robię to źle.

Musisz być pro
Tylko że bycie pro u filologa rzadko kiedy oznacza podłapanie w czasie studiów solidnej pracy z językiem kierunkowym. Częściej oczekuje się bezbrzeżnego zafascynowania artykułami z na siłę powciskanymi mądrymi słowami, bo mądre słowa brzmią mądrze. Całkowitego oddania sprawie, bo przecież nie ma świata poza tym, co studiujesz. No i wreszcie - musisz się odpowiednio nosić. Żadna tam Jodi Picoult w dłoni, bo filologowi nie wypada. De Saussure przynajmniej!

Pomyślicie: jak to przetrwać? Otóż bardzo prosto. Obok tych minusów naprawdę istnieje cała masa plusów. I sztuczki, jak przetrwać te gorsze chwile - na przykład kiedy każą Ci się uczyć. O jednych i o drugich zamierzam napisać, żeby nie było, że robię ze studiów piekło. W gruncie rzeczy, bardzo je lubię. A przynajmniej lubiłam. 

Studia, nie piekło.

przeczytaj także

0 komentarze