Zimo, a kysz!, czyli list otwarty do zbłąkanej wiosny

To nie tak, że nie lubię zimy. Lubię ją bardzo, uczuciem czystym i szczerym. Ale mam pewne zastrzeżenia co do jej nowego stylu bycia.

Kiedy zima się zaczyna, wszystko jest pięknie. Powiem więcej: jest pięknie nawet, jak zaczynać się powinna, a tego nie robi – bo wówczas jest +/– listopad, zimowe perspektywy jeszcze są rozległe, a i przez brzydką komerchę pachnie już wtedy świętami. No istna sielanka, która dodaje sił podczas oczekiwania na pierwszy śnieg. Którego ostatnimi laty jest jak na lekarstwo, niestety. Gdzie są te grube kołdry, które aż uginały gałęzie, lepienie bałwana w śniegu po kostki i zjeżdżanie na sankach, utrudnione świeżutką warstwą puchu? Smutno.

Ale i bez śniegu tragedii nie ma, no bo najpierw to oczekiwanie, a więc i nadzieja trzymająca w ryzach, później Mikołaj, okres przedświąteczny, Święta, wszyscy są mili (a przynajmniej się starają. Albo udają, że się starają. Albo przynajmniej starają się nie odzywać), dużo wolnego, sylwester i tak dalej. Wszystko jest dla mnie znośne aż do moich urodzin, kiedy zazwyczaj wychodzi słońce. Nie narzekam, absolutnie, to bardzo miłe i czuć wtedy wiosnę, wraca optymizm, chęć do życia i tak dalej. Tylko kiedy następnego dnia wstaję i widzę za oknem okropną szarugę, jest tak nieprzyjemnie. Na chwilę obecną sytuacja ta trwa miesiąc, z nielicznymi przerwami. I jak tu żyć?

Dlatego dziś przepełniła się szala goryczy i spieszę zaprezentować listę dziesięciu powodów, dla których zima powinna dać sobie już spokój w tym sezonie. Listę nazwaną listem otwartym, bo liczę na Waszą pomoc przy jej (jego) rozbudowaniu. No to czas start!

Droga Zimo (w końcu to list, nie?), idź spać.

Jest szaruga, wszechobecny smutek i nawet deszcz jakoś tak gorzej pada
To nie jest kapuśniaczek. Ani nawet nie ciepły letni deszczyk, tylko okropny kokon nadnaturalnej wielkości kropli, celujących akurat w moje pomalowane oczy. Nie ma śniegu? Okej. Ale Zimo, nie terroryzuj już nas. Wystarczy, że jest nieprzyzwoicie zimno. Zimno jest znośne tylko wtedy, jak coś skrzypi pod nogami i nie jest to podłoga.

Chciałabym pójść na rolki
A w zimowej kurtce i po mokrej nawierzchni jeździ się kiepsko. Inna sprawa, że robię to raczej źle, ale trzeba kuć żelazo, póki sport mi miły. W końcu się nauczę.

Odświeżyłam garderobę
I co mi po tym, skoro dalej królują zimowe kurtki i płaszcze? Nawet najładniejsze ciuszki nie zostaną docenione, jak przykryję je płaszczem. Nawet takim najładniejszym. A jak to się mnie wszystko…

Dostałam martenicę
Czyli taką uroczą bułgarską bransoletkę, którą zakłada się na początku marca i nosi, aż nie zobaczy się pierwszych oznak wiosny. Ja już mojej nie noszę, bo bazie są na drzewach od dobrego miesiąca, a i jakoś tak zapomniałam o niej po kąpieli… Czy to moja wina, że nie ma wiosny?

Zbankrutuję przez rytualną kawę na filologicznym
Chociaż wydziałowa kawa parzona przez baristę zamkniętego w budce na pieniążki jest zaskakująco dobra, kosztuje mnie miliony monet: zakładając, że piję kawę każdego dnia marca, który spędzam na uczelni, wydam prawie trzydzieści złotych. Z nawiązką, bo przecież jeśli znów przydarzy mi się tak porywający wykład jak ostatnio, bez wahania oddam wszystkie zaoszczędzone grosiki. Teraz pomyśl Zimo, co się przydarzy moim oszczędnościom, jeśli w kwietniu nadal będziesz u władzy?!

Opatrzyło mi się mieszkanie
I to wcale nie dlatego, że długo w nim mieszkam. Nie. To od chronicznego przesiadywania w nim, niezależnie od tego, czy przed kompem, czy w kuchni, czy nad notatkami. Będzie słońce, będzie powód, żeby z niego wyjść. Proste.

Piwo smakuje lepiej w ogródku piwnym. Albo w ogródku przyjaciółki. Albo nad jeziorem.
W zasadzie to wszędzie smakuje lepiej niż w knajpie, którą oglądasz po raz n-ty tej zimy. I to wcale nie są problemy natury uzależnieniowej, bo w knajpie można pić też soczek. I coca-colę.

Uodporniłam się na budziki
Rano jest tak ciemno, tak zimno, a ciśnienie jest tak niskie, że zwleczenie się z łóżka o 5:30 jest rzeczą niemożliwą. W znacznym stopniu utrudnia to też fakt, że nie słyszę budzika. Albo raczej go słyszę, ale nie jestem świadoma, że go wyłączam. Zazwyczaj w okolicach pierwszego dzwonka (później w gratisie dzwoni około siedmiu drzemek) śni mi się, że opatentowałam świetny sposób na zwolnienie czasu i że mogę spać dalej, bo przecież wszystko jest pod kontrolą. Przestałam już liczyć, ile zajęć na ósmą już opuściłam.

Czuję się nieswojo, kiedy mogę przejść ulicą w dowolny sposób…
…i nie musieć lawirować między ogródkami piwnymi i ludźmi, dla których miejsc siedzących już zabrakło. Żartuję, w moim wydaniu to wygląda jak taniec afrykańskiego plemienia. Ale zupełnie inny klimat jest w mieście, kiedy ono tak po prostu żyje. No i odnowili rynek i postawili podejrzane leżaki nad podejrzaną fosą, trzeba zbadać nowy grunt bez ryzyka przymarznięcia.

Trzeba pozyskiwać endorfiny z różnych źródeł
Trzy podstawowe źródła endorfin to: jedzenie (mówią, że czekolada, ale mnie raduje sam akt jedzenia, jestem ciężkim przypadkiem), miłość i sport. Dla bezpieczeństwa ustawiłam w kolejności alfabetycznej, żeby nie padły pod moim adresem żadne oskarżenia, których moglibyśmy żałować. A czwartym, bonusowym źródłem jest wiosna właśnie (chociaż dla mnie przedłuża się ten stan do lata i jest specjalnie premiowany wyjazdem do Chorwacji).

No to Wasza kolej. Czym jeszcze podpadła tegoroczna zima?

przeczytaj także

0 komentarze