chciałabym umieć nie spojrzeć jutro na zegarek


Uświadomiłam sobie, że nie jest istotne, gdzie się podróżuje. Natomiast ważne jest, jak się podróżuje: w jakim towarzystwie, w jakiej atmosferze i z jakim nastawieniem. Jak już dotarła do mnie ta, w zasadzie oczywista, kwestia, zrobiło się jakoś łatwiej.

Wróciliśmy dziś z wypadu w góry. Ja - dumna i blada, bo nie bardzo pamiętam, kiedy ostatni raz pozwoliłam sobie na zimowy wyjazd. W wydaniu jakimkolwiek. I chociaż zalety tego wyjazdu mogłabym mnożyć, znamienne wydaje się być coś, co na co dzień jest dla mnie nie do pomyślenia: pozwoliłam sobie na stracenie rachuby. Nie patrzyłam na zegarek, a pytana o godzinę często nie umiałam nawet orientacyjnie oszacować, która może być. I chociaż emisje seriali, które na co dzień lecą w domu, próbowały mnie przywrócić na prawilną ścieżkę życia z zegarkiem w ręku, dzielnie się oparłam. Nie oglądając seriali, bo i po co.

Pozwoliłam sobie na nicnierobienie. Bez wyrzutów sumienia, upiornie długiej listy spraw, z którymi zalegam i bez presji. Bez stresu. I choć popularne i wywołujące nieszczególnie pozytywne skojarzenia nie spać, zwiedzać jest mi niepokojąco bliskie, tym razem było na spokojnie. I taka odmiana jest potrzebna, bo potrafi zrobić reset skuteczniejszy niż dwa tygodnie w tropikach. Czy w spa. Czy co kto uważa za szczyt relaksu.

I chociaż cztery dni to zdecydowanie za mało, żeby spojrzeć na swoją codzienność z dystansu, coś tam z tego urlopowego relaksu wskakuje do plecaka i wraca ze mną. Taki powiew świeżości i trochę motywacji. Trochę, nie za dużo. Ale tak w sam raz, dla własnego zadowolenia.

I tylko tej wyjazdowej codzienności mi tu brakuje.

przeczytaj także

0 komentarze