na zakończenie roku szkolnego


Zakończenie roku to coś, z czym pożegnałam się już z końcem liceum – ale i kończenie sesji w niczym nie ustępowało mu miejsca. I choć ostatnia sesja powinna zostać zakończona uroczyście, nie odczułam jej ani trochę. Niemniej jednak z okazji kolejnego zakończenia roku szkolnego i mojego rychłego pożegnania z edukacją, serwuję końcowoszkolne Opowieści sprzed dekady!

Koniec roku to było coś, co stawało się faktem już dużo wcześniej – co prawda w podstawówce gdzieś w okolicach maja lub połowy czerwca, ale w gimnazjum zdarzało mi się już liczyć dni od marca. A liczenie to było prawdziwym świętem: rysowanie kalendarza, liczenie dni roboczych, odliczanie świąt… I otrzymywanie ilości dni, która powodowała, że serce zaczynało bić szybciej. Ze szczęścia.

To wcale nie jest tak, że nie lubiłam szkoły. Szkołę lubiłam bardzo (w podstawówce), później przez większość czasu ją tolerowałam. Ale kiedy na scenę wchodzą wakacje, nawet miłe szkolne chwile muszą się usunąć na bok – no bo WOLNOŚĆ. Chyba dla nikogo nie będzie niespodzianką to, jak spędzało się ostatni miesiąc: ostatnie uczenie i poprawianie ocen, a w tygodniu przed zakończeniem roku siedzenie, gadanie, gry i zabawy i robienie wszystkiego tego, czego w roku szkolnym się nie robi, bo rozkład materiału. I prywatne pogaduchy z nauczycielami - to było coś! Kiedy już zdążyliśmy się wynudzić w te cztery luźne dni, piąty dzień przynosił to fantastyczne uczucie: oficjalne zakończenie roku, czyli oficjalne otwarcie wakacji. Czyli kosmos możliwości i dwa miesiące wydające się być nieskończonością.

Najwyraźniejszym wspomnieniem jest właśnie początek wakacji: akademia i spotkanie z wychowawcą i powrót ze świadectwem (i nagrodami!) do domu. Do domu, gdzie od razu przebierało się strój galowy na strój absolutnie letni – bo i zazwyczaj pogoda rozumiała wagę tego dnia i dawała duuuużo słońca. A później zwykle jechałam gdzieś z tatą, bo początkiem lipca jeździliśmy na wakacje – a więc załatwień było sporo, a ja lubiłam mu towarzyszyć i wozić się autem. I tak zaczynało się lato – długie i emocjonujące. Były występy na scenie rozkładanym łóżku z moimi światowymi hitami przed uwielbiającym mnie ich tłumem. Były spotkania z przyjaciółką ze szkolnej ławki, picie toniku i zajadanie się przywiezionymi przez jej tatę francuskimi słodyczami. Były całodniowe spotkania z przyjaciółmi (święto najszczególniejsze!), spacery, siatkówka, basen w ogródku kumpeli. Czytanie książek i gazet na tony, deszczowe dni spędzone z rodzicami na zakupach (czytaj: wybieraniu książek w Empiku) i całe mnóstwo wspaniałości. I oczywiście nie zapominajmy o wczasach, bo wczasy – i to w Chorwacji – to była rzecz święta. W dodatku w towarzystwie mojej prawie-rówieśniczki, więc „imprezowałyśmy” i było nam miło i słonecznie.

A kiedy wielkimi krokami nadchodził wrzesień, zawsze już trochę zdążyłam zatęsknić za szkołą – więc żalu nie było, że wolność się uszczupla. Barw końcówce sierpnia dodawał też rytuał zakupów szkolnych – bo przecież początek nowej klasy musi być należycie uczczony. Były wyjazdy do marketu, wybieranie okładek zeszytów, długopisów, kredek i flamastrów. Nie wiem dokładnie z jakiego powodu, ale zawsze na ten moment bardzo czekałam.

Oczywiście wszystkie te emocje słabły wraz z nadejściem kolejnych etapów edukacji, ale jedno pozostawało niezmienne – błogość, że to już lato. Jakże by się jeszcze jedno takie przydało…

przeczytaj także

0 komentarze